środa, 28 maja 2014

Ja vi elsker denne landet...

... czyli jak świętować niepodległość? Przypadek Norwegii.

28 maja, dzień który przypadł mi w blogowym losowaniu 'Świtu` jest nieco nietypowy. Spedzam go w samolocie podróżujac do Londynu na konferencję dotyczacą migracji w szerokopojetym tureckim kontekście. I chociaż ten fakt dobrze oddaje charakter mojego dnia powszedniego, zdecydowalam że podzielę się z Wami innym doświadczeniem, moze dla Was ciekawszym, związanym bliżej z kulturą kraju w którym obecnie mieszkam. Cofnijmy się do 17 maja - norweskiego Dnia Niepodleglości.


17 maj i Bunad. Drammen 2014
Kiedy małopolskie instruktorki debatowały nad wyborem nowej komendantki w Niepołomicach (gratulacje Gosia!), Norwegia pogrążona była w radosnym, biało-czerwono-niebieskim nacjonalistyczym ferworze. Tłumy wyległy na ulicę w narodowych strojach zwanych Bunad by dzielić się radością z niepodległości. Nie było smutnych wieczornic, nikt nie wspominał przegranych wojen, a wesoły nastrój podkręcał narodowy hymn zaczynający się słowami 'Ja, vi elsker denne landet' czyli 'Tak, kochamy ten kraj'. Tacy właśnie są Norwegowie. Mimo że ich historia to pasmo dominacji, najpierw duńskiej, później szwedzkiej, skupiają się wyłącznie na kolorowych punktach historii. Podobnie myślą tez o sobie samych - zawsze w superlatywach, szukając dobrych stron i przymykając oko na słabości.


Wspomniany Bunad to nie tylko strój ludowy. To wyraz tożsamości, zarówno narodowej jak i tej lokalnej. W Norwegii prestiż ma ten, kto pochodzi z wiejskiej farmy i posługuje się lokalnym dialektem. Miastowi niechętnie przyznają się do swojego pochodzenia "z nikąd". Nie lubią także chwalić się swoim bezbarwnym miejskim dialektem. Zupełnie odwrotnie niż w wielu innych krajach Europy. Jak jednak mówi moja koleżanka, badaczka kultury wikingów, Norwegia to nie Europa. Kraj, mimo niespełna 6 mln mieszkańców, ma aż dwa języki urzędowe - bokmål i nynorsk. Na różnice między językami nałóżcie lokalne dialekty i życzcie powodzenia każdemu, kto z wiedzą szkolną próbuje komunikować się w Norwegii. To tak jakby w Polsce wykład z geometrii prowadzony był po śląsku, a zajęcia z fizyki gwarą góralską. Do tego chętnie jeszcze jakaś astronomia po kaszubsku. Tutaj to norma.

Przemarsz parady 17-majowej. Drammen 2014. W Bunadzie chodza i starzy i mlodzi. Drammen 2014

Norweskośc jest powodem do dumy i obejmuje bliski związek z naturą, Søndagstur - niedzielne wycieczki popołudniowe, brunost i østehovel- brązowy ser o smaku karmelu i wynalazek – nóż, a może tarka? do tegoż sera.

Ostehøvel. Zrodlo: http://grunderblogg.blogg.no/

Na co dzień Norwegowie chetnie wcinają mrożoną pizzę Grandiosę, a piatkowa tradycja to Tacos - danie rodem z meksyku. Kultura norweska zatem bogata jest zarówno w elementy rodzime jak i skutki globalizacji, czy tez migracji. Nie przeszkadza to jednak Norwegom być z norweskości dumnym i zgrabnie przemilczać tacos i grandiosę, albo dowodzić, że to wynalazki rdzennie norweskie.

17 maj to zatem nie tylko radosne święto niepodległości, ale i dobre podsumowanie norweskiej dumy obecnej na co dzien. I chociaż czasem, dla obcokrajowców, dumy irytującej, to jednak potrzebnej do budowannia silnej tożsamości narodowej. Takiej "norweskiej" postawy do kraju pochodzenia życzę i Wam i sobie. Być może uda się nam, harcerkom, odczarować smutny klimat nadchodzacego, jesiennego 11 listopada i z czasem zamienimy go w prawdziwie radosne świeto? To w końcu nie rocznica śmierci ofiar wojny, tylko rocznica niepodległości. Co wy na to? J

Zdjecie zrobione zima, zamieszczam ze względu na szpan na rękawiczce. W tle ratusz w Oslo – tutaj co roku przyznaje sie Pokojowa Nagrodę Nobla.


Pozdrowienia z Norwegii,
Phm. Karolina Nikielska-Sekula HR


poniedziałek, 26 maja 2014

Zuchowa niedziela

Cześć wszystkim!

Niedziela zaczęła się nietypowo. W sumie nie wiem kiedy się zaczęła, ponieważ byłam na biwaku z moimi zuchami i jak to często bywa spać poszłam bardzo późno.
Dla usprawnienia przyjmijmy jednak moment pobudki J

Gdzieś we śnie słyszę „wstałam pierwsza”. Chwila skojarzenia i już wiem co się dzieje. Myślę „pewnie jest koło 7, jeśli obudził się jeden zuch, to mogę jeszcze spać”… chciałabym… nie minęło kilka sekund a słyszę kolejne zuchenki. A wraz z nimi tup tup tup tup tup tup i pytanie „druhno, za ile wstajemy?” Pełna optymizmu patrzę na zegarek, a tam …  6 30. „do pobudki jeszcze dwie godziny” – odpowiadam. I proszę o ciszę bo pozostałe 15 zuchów śpi. Cisza trwała przez niecałe pół godziny, kiedy obudziła się reszta gromady.
No cóż mówi się trudno, trzeba wstać. Z zuchami, które się obudziły idę do zuchówki, trochę się bawimy, trochę śpiewamy. Wszystko po to aby jakoś dać szansę na sen pozostałym zuchom.


W końcu pobudka… przebieramy się i dostajemy z Magdą i Weroniką głupawk śpiewając „Lubię podróże” na trzy głosy. W końcu siadamy do śniadania przygotowanego przez zuchy!

Biwak dobiega końca… Wracam do domu biorę kąpiel. Wrzucam pierwsze zdjęcie z biwaku. 
Po obiedzie biorę do ręki Infermo, książkę, którą dostałam niedawno. Jako mol książkowy bardzo szybko czytam, przechodzę przez pierwszy rozdział i … budzę się o 20.

Oprócz mola książkowego jestem śpiochem, który musi się wyspać. Wstaję dziś o 7, pomimo wakacji L, i jadę do Krakowa. W drodze kolejna książka, tym razem o matematyce, a dokładniej o historii matematyki :D (w końcu znalazłam połączenie moich dwóch ulubionych dziedzin) 

Czy wiecie, że najstarsze indyjskie teksty matematyczne są zapisane wierszem? Albo, że prace nad sposobem wyznaczania kierunków świata bardzo wspomogli Arabowie dzięki swojej religii? Rozmyślając o niebezpiecznych cyfrach wracam do domu.

Zapraszam do galerii zdjęć z biwaku J
https://www.facebook.com/5NGZZieloneIskierki


Pwd. Ewa Biernat Wędr
Niepołomicki Hufiec Harcerek i Zuchów Świt
Druzynowa 5 NGZ Zielone Iskierki

sobota, 24 maja 2014

Wakacje

Mogłabym jeszcze długo spać (bo przecież mam już wakacje) ale jest tak piękna pogoda, że szkoda marnować poranek na spanie. Bez chwili wahania wyciągam mój stary rower i zanim zrobi się naprawdę gorąco pędzę do babci na śniadanie.


Już z daleka widać dziadka koszącego trawę w ogrodzie. Chwilę później, ciocie w oknie domu. Pies też ma już chyba wakacje bo (co dziwne) nie szczeka kiedy wchodzę do domu. W kuchni pachnie świeżymi warzywami i rybą. Ciocia kończy już przygotowywać śniadanie więc robię wszystkim herbatę. Potem zbieramy się w jadalni: ja, dziadek, babcia, ciocia i przy posiłku dyskutujemy na rozmaite tematy.


Po powrocie do domu przy kubku kawy mam czas aby poczytać co nieco na temat który ostatnimi czasu bardzo mnie interesuje. Większość z was zapewne zdziwi się widząc taką książkę w moich rękach ale dla mnie to najwspanialszy prezent jaki ostatnio otrzymałam.


Teraz czas dla „Myszy”- jak co tydzień trzeba posprzątać klatkę, wymienić wodę i żwirek, dosypać świeżego pokarmu.


Moje zwierzątko to tak naprawdę nie mysz ale pani szczurek. Stworzenie to jest niezmiernie mądre, śliczne i kochane więc każdego kto miał kiedykolwiek jakieś obiekcje do szczurów serdecznie zachęcam do ich poznania.


Już 12:00 więc czasu ruszać z przyjaciółkami do Krakowa na zakupy.


Po zakupach spotkanie z Anią: shake, ploteczki...


Następnym przystankiem jest szkoła muzyczna na Basztowej – koleżanka zdaje dziś egzamin z  fortepianu. 


Koncert sprawia że wszyscy mają ciarki i gęsią skórkę, a Monika otrzymuje ocenę bardzo dobrą na świadectwie kończącym II stopień. Później wszyscy składamy Moni gratulację i razem idziemy na miasto aby trochę razem po świętować.


Dochodzi 20:00 a więc mój chłopak kończy pracę i zabiera mnie na spacer po starym mieście. Jesteśmy już trochę zmęczeni ale obydwoje kochamy Kraków więc sprawia nam to ogromną przyjemność. Powoli robi się ciemno i zapalają się latarnie ale nadal jest bardzo ciepło.

Po powrocie do domu moje łóżko jest już wygrzane przez mojego kota. A jeśli ktoś się zastanawia czy mam w domu jeszcze jakieś zwierzaki to tak, mam jeszcze żółwia, 5 patyczaków i psa.


A na koniec dnia jeszcze kilka załatwień, mailów i w końcu można położyć się do łóżka, przeczytać jeszcze rozdział książki, która towarzyszyła mi przez cały dzień i spokojnie zasnąć.



Pwd. Gabrysia Zielonka wędr.
Drużynowa 7 NDH Szatra
Niepołomicki Hufiec Harcerek i Zuchów Świt

wtorek, 20 maja 2014

Rowerzystka, wnioskodawczyni, żurnalistka, kurierka... kulturoznawca nie jedno ma imię.

Dzieeeń dobry!
                Wiecie, co najbardziej lubię na wiosnę? Takie poranki.


To, że mogę wyjść rano na balkon i rozmyślać o wszystkich wspaniałościach tego świata. O miłości, przyjaźni, krajobrazach na Islandii, sklepach papierniczych z pięknymi notatnikami, Milce z Daimem, słownikach synonimów, Tarantallegra, słodkich kotkach w Internecie oraz wielu, wielu innych sprawach! Czy to nie wspaniałe?
Przyznajcie. Najlepiej.
Ale, ale... którą to mamy godzinę?
Szlag. 9:15, a o 9: 59 mam busa do Krakowa, a ja taka niegotowa! (Zawsze mnie bawią takie godziny w rozkładach jazdy).
Szybko, szybko... koszula jest. Spodnie. Czarne? A może dżinsy? No, lepiej będzie. Ale jasne czy ciemne? A niech to! Zakładam czarne.
Łazienka.  Jak to mawia moja hufcowa - harcerka bez kreski i fryzury też da radę!  Yes, sir! Ale to nie dziś. Poza tym czytałam, że osoby, które przychodzą do pracy hmmm... podrasowane, uważane są za lepiej zorganizowane. Nieźle, nie? Do pracy, co prawda nie chodzę, ale i tak - przyda się. Zmieniam koszulę na podkoszulek. Aha! Jeszcze tylko kolczyki i jestem gotowa.
Albo nie - jedzenie. Szybko przygotowuję sałatkę, kroję suszone pomidory do serka, myję jabłko i wszystko wrzucam do torby. Oczywiście, jak to bywa po długiej przerwie, kiedy to nie muszę się rano spieszyć - nie ogarnęłam za bardzo ile czasu, które zajęcie mi zajmuje i nie zdążyłam zjeść tej przygotowanej poprzedniego wieczora owsianki, więc też ląduje ona w pojemniku.
(Kolory na zdjęciu są tragiczne, ale tak. Tak wyglądał mój dzisiejszy pakiet)
W ogrodzie, od świtu urzęduje mój Dziadek, co dzień poprawia coś, czego na moje oko poprawić się już nie da. Za każdym razem pyta też gdzie jadę, więc krzyczę "Czeeeść! Jadę na uczelnie! Pa!", tak uprzedzając pytanie. Ach, tak. Zapomniałam notatek, więc biegiem wracam do domu. Nie ma słów. Dobrze, nie ma czasu, wkładam zeszyt do koszyka, na to torbę. Pędzę (na rowerze, a jakże!) na busa. Uf, puf, dobrze, że mam z górki.
W busie przypominam sobie, że z pośpiechu (pan kierowca już trzymał nogę na gazie) zostawiłam ten notatnik w koszyku. No nic, mam nadzieję, że nikt go nie zwinie do wieczora. Mam spore zaległości czytelnicze, nie powiem jakie, aż wstyd.  Dlatego w drodze staram się je nadrabiać. Na początku trochę miałam problem z koncentracją, bo spójrzcie, jaką uroczą miałam współpasażerkę!



(zdjęcie z przyczajki, teraz widzę, że psina wygląda na nim jak beczka, ale w rzeczywistości była przesłodka!)
Jestem na miejscu, D-13, przystanek Miasteczko AGH. Dziś spotykamy się ze znajomymi, żeby dokończyć projekt na zajęcia. Studiuję kulturoznawstwo na AGH. Tak, serio, jest taki kierunek na AGH, powiem więcej, jest nawet Wydział Humanistyczny. W tym semestrze mieliśmy warsztaty z pisania grantów, na kulturę właśnie. Okazuje się, że jestem pierwsza z pięcioosobowego składu. Dobrze, po kilku minutach jesteśmy już wszyscy, więc przechodzimy do pokoju, w którym będzie nam trochę wygodniej, niż na korytarzu tuż przy wejściu na wydział. Rozpoczynamy. Wniosek, który mamy wypełnić liczy 24 strony. Nie jest lekko. Ku naszej uciesze, 8 pierwszych dotyczy samych danych typu nazwa instytucji, regon, nip, adres, dane wnioskodawcy itd... szybko przewijamy dalej, stwierdzając, że możemy to uzupełniać w domu. No i tu się zaczyna.
Do pomocy mamy plansze, które stworzyliśmy na zajęciach.


Na pierwszym planie jest "drzewo celów". Bardzo przypomina mi to pisanie założeń do planu pracy drużyny, wiecie, jaki mamy problem, jak chcemy go rozwiązać i co ostatecznie uzyskamy. Tyle, że my, tutaj, nie wychowujemy, a chcemy stworzyć kompleksową stronę internetową, która informowałaby o wydarzeniach kulturalnych w Krakowie. Jest takich kilka, ale naszym zdaniem nie spełniają one super swojej funkcji. Przede wszystkim chodzi o to, ,że wyszukiwanie jest dość zawężone, a baza nie obejmuje wszystkich instytucji, organizacji i różnych innych inicjatyw.


Poważnie pracujemy. Maciek, ja i Ula.


Ja, w tej pracy, nawet się dwoję!
Udało nam się uzupełnić charakterystykę zadania, opis problemu, częściowo kryteria horyzontalne (To jakiś kosmos! Nie ma słów! Przy tym punkcie, dwuosobowa delegacja grupy poszła do prowadzącego na dyżur upewnić się, co dokładnie mamy tam wpisać), harmonogram oraz zakładane rezultaty. W trakcie, nie obyło się bez pomocy słownika synonimów, przyjaciela każdego studenta piszącego pracę. We wniosku, zakładamy podniesienie kwalifikacji redaktorów. Dziennikarzy. Redaktorów. No nie, trzeba znaleźć coś innego. Słownik mówi, to może... żurnalista lub gazeciarz? Hm, nie, dzięki.
Na koniec, wesołe, rozmazane selfie. Bo w zdjęciach nie chodzi tylko o jakość ;)


(Gaja, ja, Maciek, Zuzia i Ula)

Przychodzi czas na "nagrodę"!  Idziemy z Zuzią na lody. Tak w ogóle, jesteśmy i w tym roku wolontariuszkami na Krakowskim Festiwalu Filmowym, który rozpoczyna się już w tę niedzielę, zapraszam! I to właśnie pomoc przy nim zdominowała moje popołudniowe zajęcia. Na 16 poszłyśmy pomóc w biurze. Tydzień przed rozpoczęciem festiwalu to prawdziwy kocioł dla organizatorów, dlatego zawsze proszą o wzmożoną aktywność . Jak się okazało, tym razem nie była to praca w biurze (ostatnio pakowałyśmy zaproszenia).  Dziś dostałyśmy funkcję kuriera. Łącznie, na nas dwie, przypadło 5 lokalizacji, które musiałyśmy odwiedzić z pakietami po 20 programów, 15 zestawów pocztówek oraz 10 ulotek. Trochę ciężko, trochę gorąco, trochę zmęczenie, ale biegnijmy! Damy radę!


Poważne rozkładanie. Wielkiego widać skupienia wymaga ułożenie pocztówek.


Jeśli gdzieś spostrzeżecie takie gazetki, wiedzcie, że to nie reklama najnowszej sieci siłowni. To program, wypełniony po brzegi program festiwalowy. Może jesteście fankami kogoś z  Kluby 27 - w letnim kinie na świeżym powietrzu, tuż pod Wawelem festiwal proponuje aż 5 filmów. Może macie ochotę oglądnąć kino przybyłe aż z Peru? Albo chcecie dowiedzieć się, co Angelina Jolie sądzi o Bałkanach? Są też pokazy dla najmłodszych. Nic, tylko wertować i oczywiście korzystać!
Po tych śródmiejsko-kazimierzowych wycieczkach, czas na powrót do domu. W drodze, tak jak rano, przenoszę się na Sycylię, a za chwilę do Nowego Jorku lat 50'. Już niedaleko Niepołomic, morzy mnie sen. Nagle się podrywam - jesteśmy na miejscu! Uf, jak dobrze, że się obudziłam i nie musiałam (znów) robić sobie obciachu z "proszę pani! Niepołomice!" prosto od kierowcy  (innym razem za to pojechałam do Kłaja, super sprawa!).
Zeszyt był. Dzięki Niepołomiczanie!
Jestem w domu po 19, jem późny obiad. Mama poprosiła, żebym zebrała pranie. Okej. Przy tej okazji Dziadek przyłapał mnie na harcerskie pogaduszki. On generalnie, bardzo się cieszy z różnych akcji, które organizują harcerze. A najbardziej oczywiście, z pełnionej w tym wszystkim roli swojej wnuczki. Więc opowiadam mu jak to jest, że mamy hufiec żeński, a szczep jest łączony. Która z kolei jestem w hufcu, a jaki sznur noszę i dlaczego szczepowy ma granatowy, skoro ja też taki miałam.  A i czy są złote. Kwituje "no to dobrze, dobrze Ninka".
Zachód z mojego okna też wygląda całkiem nieźle!

Siadam do komputera, piszę maile, czatuje na fejsiku, rozmawiam na skajpie z Tatą, który jest w Niemczech. I piszę wpis oczywiście.
To wszystko na dziś. Moje koty już dawno tak stwierdziły.



Chyba śpię dziś na podłodze.

Pwd. Nina Wojda wędr.
Niepołomicki Hufiec Harcerek i Zuchów Świt

piątek, 16 maja 2014

Maleńka tajemnica po prostu bycia.

5:30 –  więc pora już wstać, dzień mocno chwycić nim on złapie mnie

Bezlitosne poranne zajęcia na uczelni  wymuszają na mnie aby zawsze zaczynać czwartkowy dzień W ŚRODKU NOCY! Jestem osoba, której poziom energii rośnie wprost proporcjonalnie do „wzrostu” godziny – czyt. w nocy budzą się we mnie wielkie pokłady energii; wtedy najefektywniej się uczę, sprzątam, przygotowuje projekty etc.

Zaczynam dzień od skorzystania z zawartości mojego ulubionego ‘ mebla’ w kuchni:


Jestem wielką fanką herbat. Gdybyście byli w okolicy – zapraszam na herbatę. Najbardziej polecam: zieloną herbatę z jaśminem i białą herbatę z fioletową róża Liptona oraz zielona herbatę z cytryną Irving!

Przeprawa do Krakowa. Każdy dzień, każda pora ma swój zazwyczaj stały komplet osób w busie. W czwartki zawsze miłe towarzystwo Przemka – mistrza w szachach i przyszłego prawnika. O tym właśnie toczą się nasze poranne, czwartkowe debaty.
Sama też gram w szachy -  tutaj pozdrawiam mojego chłopaka Wojciecha, który od 5 lat - odkąd jesteśmy razem ani raz ze mną nie wygrał. Oczywiście męska duma po przegranej znajduje na to dobre wytłumaczenie: "oszukiwałaś” etc. i zawsze kończy się to zdaniem: „ja już z Tobą nie gram!!!”... aż do następnej rozgrywki. :)

Z domu zlokalizowanego ‘nad’ pachnącym lasem Puszczy Niepołomickiej, po dwóch godzinach od pobudki, znajduje się w jak zwykle przepełnionym spalinami Krakowie. Dzisiejsze zajęcia to Prawo w Zdrowiu – wykład, seminarium.  Na rozgrzewkę debata i opracowanie jednego z wyroków rozstrzygających sprawę pomiędzy NFZ a jednym z SPZOZów, sprawa kontraktów….

Po lewej ja, po prawej Asia

UJ dziś  wyjątkowo mnie oszczędza bo zajęcia kończą się wcześnie!

Kierunek – Niepołomice. Szybko, bo korepetycje... Udzielam ich z matematyki. I tutaj ujawnia się 'zuchmistrzowska dusza’. Obowiązkowo kolorowe notatki, nauka opierająca się na skojarzeniach – taaa matematyki można uczyć poprzez skojarzeniaJ  Bardzo lubię pracować z dziećmi czy to w harcerstwie czy podczas korepetycji. Obecnie pod moimi skrzydłami mam 6 uczniów.



Na obiad naleśniki. Ale żeby było sympatyczniej...


Formy: Biedronka, 3 zł/sztuka :) Dobre rozwiązanie dla mam/tatusiów, których dzieci marudzą w kwestii jedzenia. Później można to fajnie ozdobić.

Następnie 20 min na realizacje zamówienia na wieczorny makijaż.


Robie to totalnie amatorsko ale w jakiś sposób mnie to pasjonuje. Nie traktuje tego jako zwykłą TAPETĘ ale jako sposób wyrażenie siebie, dobrania odpowiednich kolorów, kształtów… J  Jest to też jedna z rzeczy, na którą od razu zwracam u ludzi uwagę, oceniając w myślach co dana osoba mogła zrobić inaczej a co świetnie dobrała, opcji jest zawsze dużo... 


 Makijaż Karoliny na dziś:



Co jeszcze robię? Pływam... ale na to nie ma dziś czasu ;)

Trochę poniedziałku: Czasem lubię też po prostu się "zatrzymać", usiąść i popatrzeć na świat ‘z góry’.... W Niepołomicach  ta ‘góra’ to Kopiec Grunwaldzki. Niebo tego dnia przybierało dużo fajnych kolorów…


Ale dalej o dzisiejszym dniu...
Mam jeszcze 15 min zanim wyruszę z domu dalej… W tym czasie szybko wybieram najważniejsze maile i odpisuje. Jest i jeden o praktykach. Oczywiście zaczynają się schody: „umowa nie jest nasza, nasi radcy prawni będą musieli dobrze ją sprawdzić blablabla…”.

Od początku studiów nie korzystam z praktyk proponowanych przez uczelnie. Załatwiam je na własną rękę, bo uważam że jest to najlepsza okazja aby spróbować tego co wydaje się „niedostępne” -  gdzie ciężko się dostać na stanowisko.

Na początku była to praktyka w Inspekcji Sanitarnej – to uczucie kiedy wchodzisz na kontrolę i mówisz „dzień dobry, inspekcja sanitarna”, bezcenne! Jeśli chcielibyście wiedzieć gdzie na pewno w Krakowie nie jeść, to służę informacją ;) Przy tej okazji chce Wam polecić harcerski ośrodek wypoczynkowy w Korzkwi, który miałam okazję kontrolować. Super teren, duże domki, wielka świetlica, dobry kucharz –  wzorowo skomponowany jadłospis i przemiła kierownik ośrodka J http://www.korzkiew.zhp.pl/ Fajne miejsce dla zuchów i nie tylko.

Kolejne praktyki odbyłam w Ministerstwie Zdrowia. Wrzucam link, gdyby ktoś też chciał :)  http://www2.mz.gov.pl/wwwmz/index?mr=m24161&ms=416&ml=pl&mi=567&mx=0&ma=11379 Wbrew moim obawom, nie parzyłam przysłowiowej kawy a fantastycznie zostałam przyjęta, na dzień dobry dostając do realizacji poważne zadania. Czułam się dokładnie tak jak zatrudniona tam osoba. Nagle zajmujesz się dokładnie tym o czym słyszysz w telewizji - super sprawa. PS. Jestem zauroczona Warszawą i chce Wam polecić niedrogie noclegi w SAMYM CENTRUM - http://www.infhotel.pl/warszawa/metalowcy !


A to, o co obecnie się staram to praktyki w Najwyższej Izbie Kontroli. Wszelkich formalności do załatwienia jest niesamowicie dużo, łącznie z umowami o poufności i innymi zaświadczeniami. Mam nadzieje, że wyrobie się z tym do lipca bo wtedy zaczynam. Ale najważniejsze czyli zgoda od prezesa NIK już jest! Warto inwestować w wolontariaty, koła naukowe i praktyki podczas studiów... mnie bardzo dużo to nauczyło :)


Koniec o edukacji. Koniec odpisywania na maile. Pora na JUWENALIA!
Kierunek Kraków, ul. Piastowska!

Ja po prawej, Basia (kiedyś też instruktorka i zuchmistrzyni) po lewej.

Udało się zająć bardzo ryzykowne miejsce pod samymi barierkami, przy scenie. Od sześciu lat jestem obowiązkowo na czwartkowym koncercie plenerowym! Na początek koncert Farben Lehre i słynna…. „nie MATURA a chęć szczera zrobi z Ciebie oficera”! Po godzinie wchodzi Enej. Nie jestem fanką takiej muzyki ale byli super –  zabrzmiały Skrzydlate ręce, Symetryczno – liryczna czy Radio Hello.

Od lewej: Asia, ja i Basia

Deszcz padał okropnie. Ale oprócz pływania w deszczu można było popływać w błocie. Wszystko to w takim momencie gdzie zaraz na scenę ma wejść zespół… COMA nie ma żadnego znaczenia!

COMA to bardzo specyficzna formacja, którą albo się bardzo lubi albo nie jest w stanie znieść. Ja należę do osób, które uważają, że w Polsce nie ma lepszego wokalisty niż Piotr Rogucki – lider Comy. Staram się być obecna na każdym ich koncercie w Krakowie. Rogucki ma niesamowitą charyzmę. Teksty Comy są bardzo ciężkie ale ja je uwielbiam bo są (wybaczcie kolokwializm) cholernie niebanalne i możliwe do interpretacji na kilkanaście sposobów. Jestem zauroczona tą muzyką oraz talentem, osobowością i głosem Piotra! Każdy ich koncert to sztuka.

Fragment Deszczowej Piosenki zespołu Coma - telefon nie poradził sobie z nagraniem dźwięku ale klimat juwenaliów został ujęty, Rogucki też (jakość słaba!)


W momencie występu COMY jak zawsze zrobiło się niebezpiecznie. Barierki wbijające się w żebra, czasem brak możliwości złapania oddechu, ludzie lezący na Tobie – brak jakiejkolwiek przestrzeni ale w takiej chwili jest to po prostu nie ważne! Te warunki to urok koncertów w plenerze, które bardzo lubię.

Schodzi COMA pora na zespół Ira. Zdecydowaliśmy odejść od sceny, złapać trochę powietrza w płuca i przestrzeni. Ira zagrała same znane piosenki…

Fragment występu Iry Taki sam (jakość dobra!):


W trakcie koncertu IRY - nagła przerwa! Rozbrzmiał jedynie dźwięk perkusji i hasło wykrzykiwane przez wszystkich uczestników koncertu: KTO NIE SKACZE, TEN Z UJOTU! Oczywiście wszyscy twardo skaczemy - od 6 lat na juwenaliach udajemy studentów AGH, bo przecież UJ się tylko uczy :P

Północ. Jest nam wszystkim bardzo zimno, bardzo mokro... Nie czułam rąk, moje kciuki już kompletnie niedomagały, nie miałam na sobie nic suchego ale nie ważne. Bawiłam się świetnie!

Po koncercie jedziemy wszyscy na kiełbaski. Oczywiście NIEBIESKA NYSKA pod halą targową!

Ja po prawej, Bacha po lewej.

Druga w nocy, powrót do Niepołomic. Bacha zostaje u mnie. Nie nastawiamy budzika. Śpimy do 11:30 !


Pwd. Katarzyna Cieluch wędr.
Niepołomicki Hufiec Harcerek i Zuchów „Świt”
Zuchmistrzyni :)


kasiacieluch@gmail.com

poniedziałek, 12 maja 2014

Zlot oczami Niepołomiczanki

Dzień drugi zlotu kadr hufców:

Dzisiejszy dzień rozpoczął się pobudką o 1:30. Trochę się zdziwiłam, ponieważ zamiast gwizdka obudził nas dźwięk bardzo podobny do odgłosu wydawanego przez sowę. (początkowo ucieszyłam się, że już pobudka ponieważ mam już dość obracania się z boku na bok) No nie, to pewnie jakiś alarm na grę nocną.

- Jak coś to nie wstajemy. – mówi Ola.
- W porządku. 

Ale super pomysł z tym dźwiękiem alarmu!
Nikt nic nie ogłosił, wiec poszłyśmy spać.
Nagle słyszę jakąś melodyjkę – tak mi się wydaje – nie jestem pewna czy to sen czy nie. Ola oznajmia, że za 20min. Będzie pobudka. Paulina poprawia ją, że wtedy jest już jutrznia.
No nie, w takim razie wstajemy. Póki nikt jeszcze nie zajął łazienki.

Tak mniej więcej wyglądał początek dnia.
Po śniadaniu postanowiłyśmy złożyć namiot.



Później miałam okazje uczestniczyć w zajęciach na temat PODSUMOWAŃ.
Później……jedzenie. Znowu (pyszne).


Oraz ogłoszenie wyników wczorajszej gry INO.
SUPER! Zajęłyśmy pierwsze miejsce. Miałyśmy ‘aż’ minus 150 pkt.



Później, razem z Anetą, pozbierałyśmy śmieci.

O nie!
Ola pojechała już pod kościół i nie zabrała naszej deseczki na ogniska.
No nic – i tak ją weźmiemy.

Następnie odbyła się Msza Święta.
I wspólne pożegnanie w kręgu.
Już mamy jechać, ale jeszcze Olga biegnie żeby się pożegnać. To bardzo miłe J (co z tego, że pewnie zobaczymy się jutro w szkole)
I wracamy. A po drodze …..przygody, różne opowieści, plany, krótka drzemka, jedzenie, wspólne śpiewanie…
Dojechałyśmy.
Przyjechał po mnie tata i od razu pojechaliśmy do babci. (jak co niedzielę)
/Babcia upiekła przepyszne ciasta i ciasteczka/
Jestem już w domu.
I co? Mój brat przegrał przeze mnie zakład z mamą. Ponieważ powiedziałam, że  nasza nowa lampa wygląda jak Gwiazda Śmierci, a nie jak Planeta Skarbów.
Idę do mojego pokoju. Czytam i odpisuje na maile.
Tak, wreszcie mogę wziąć ciepłą kąpiel.
Następnie jem przepyszną kolacje, którą przygotował mój tata.
Znowu siedzę w pokoju. I popijając herbę wchodzę na facebooka, żeby się dowiedzieć czy przypadkiem sprawdzian z polskiego nie jest jutro.
Na szczęście nie. (mam tylko z historii)
W miedzy czasie pisze do mnie Aneta (m.in. w sprawie zlotu w Warszawie)
Równocześnie odpisuję koleżance na pytanie w sprawie zadania z matmy.
Musze jeszcze wysłać kilka maili i przepisać ten wpis (nie wiem czemu w ogóle napisałam go na brudno). Może się jeszcze pouczę na historie…

Zdjęcie z mianowań, ja to druga od lewej :) Pierwsza to Ola, trzecia - Kasia a ostatnia Ewcia.


pwd. Magdalena Gancarczyk wędr.
Drużynowa 5 NDH Gawra
Niepołomicki Hufiec Harcerek i Zuchów Świt

sobota, 10 maja 2014

Z pamiętnika młodej polonistki...

Po czterech intensywnych dniach na uczelni nastało wolne. W takie dni jak dzisiaj nie wiem, w co włożyć ręce. W pokoju bałagan (nie brud, tylko po prostu nieład), który powstał przez ciągły bieg i pośpiech, a poza tym uporczywie machają mi ręką przed nosem: pranie do zrobienia, maile do odpisania, wiadomości do odpowiedzenia, ciuchy do prasowania, rzeczy do zszycia…- nie mówiąc już o sprawach związanych stricte ze studiami.

Dzień zaczynam od kawy. W łóżku i z laptopem na kolanach. Zabieram się za maile – harcerskie i nieharcerskie. Kiedy w skrzynce widzę już światło i czuję się trochę „odgrzebana”,  w ramach relaksu i rozpędu oglądam wczorajszy odcinek „Mówiąc Inaczej” – jeśli ktoś jeszcze nie odkrył tego kanału na youtube, to polecam – nie tylko polonistom! J



W międzyczasie dzwoni mama. Pyta co słychać, wymieniamy się wieściami, rozmawiamy o wakacjach, których część zamierzamy spędzić wspólnie. Myśl o wyjeździe w odległe miejsce napawa optymizmem, jednak zanim to, to jeszcze czeka mnie sporo wyzwań – najbliższe dwa miesiące zapowiadają się pracowicie.

Następnie porządkuję pokój, zrywam bzy do flakonu. Nastawiam pranie, prasuję ubrania, pozbywam się plamy wosku ze spódnicy i wykonuję wszystkie inne prozaiczne czynności, których w tym tygodniu już nie zmieściłam między uczelnią a błogim snem.

Kiedy jestem bliżej niż dalej w tego typu zajęciach, idę do mieszkającej obok babci na obiad. Siedzimy potem chwilę, rozmawiamy. Później wracam, kończę swoje mało ważne sprawy w postaci wieszania prania na sznurek i postanawiam wziąć się za rzeczy ważniejsze: przygotowywanie się na zaliczenie z literatury powszechnej (do opracowania 22 pozycje) oraz praca nad korektą książki. Za stanowisko działań obieram drewnianą ławkę pod wierzbą.



Pracuje się przyjemnie – wreszcie czuć słońce i oczy cieszy wszędobylska zieleń, a poza tym robię to, co lubię. Po tym się chyba poznaje, że trafnie wybrało się ścieżkę rozwoju, kiedy zajęcia z nią związane nie męczą, ale są odpoczynkiem, czymś co chce się robić. I mam takie szczęście, że posiadam w życiu sporo takich rzeczy.


Spędzam tak około dwie godziny, potem robię przerwę na podwieczorek, żeby następnie przenieść się w inne miejsce.


Przy biurku kalkuluję ile jeszcze książek zostało mi do przeczytania oraz uzupełniam tabelę (której fragment widać na zdjęciu) o zadania na poszczególne przedmioty z przyszłego tygodnia i zastanawiam się kiedy to wszystko zrobię.

Wieczorem dzwoni kuzynka Agnieszka i razem z kuzynem Bartkiem idziemy na spacer. Zdradzę tylko, że są to najdzielniejsze i najbardziej pogodne osoby, jakie znam – pokonali ostatnio niemałe trudności. Spacerujemy wcale nie tak powoli - mimo, że Bartek porusza się na wózku, to i tak nic sobie z tego nie robi i śmiga jak rakieta J Odkrywam z nimi na nowo krętą uliczkę, w której nie byłam od roku i stwierdzam, że to najładniejsze miejsce w okolicy.
Po powrocie robi się już ciemno – zbieram i składam pranie oraz zaczynam pakować się na Zlot Chorągwi – wyruszamy tam jutro z samego rana. 


Jestem z siebie dumna, że przygotowałam wszystko wcześniej (To znaczy zależy, co dla kogo oznacza: „wcześniej” – ja mam bardzo często doświadczenia, że 10 minut przed wyjściem szukam menażki i latarki, więc dzisiaj, dla odmiany, stanęłam na wysokości zadania, chociaż i tak mój tata komentując żale, że nie wiem, gdzie mam pokrowiec od śpiwora stwierdził, że robię zawsze wszystko na ostatnią chwilę. Tata nie wie, co oznacza u mnie ostatnia chwila J Nie wiem jak to się dzieje, ale tak na tym wychodzę, że nigdy o niczym nie zapominam).

Tak oto kończy się dziewiąty dzień maja - w pokoju pachnie bzem, a ja kończę wpis na blog. Pozdrowienia i do zobaczenia (z niektórymi na Pogórzu Rożnowskim) !  J

pwd. Paulina Żak wędr.
Niepołomicki Hufiec Harcerek i Zuchów „Świt”

paulina377@poczta.onet.pl