wtorek, 31 grudnia 2013

Radosne wejście w Nowy Rok


Tego dnia planowałam się wyspać, żeby sił starczyło do następnego ranka. Niestety, gdy budzik dzwonił, ja jak zwykle starałam się wmówić sobie, że to tylko zły sen. Ale dość koszmarów i problemów ze snem na dziś – w końcu to Sylwester i czas zacząć końcową fazę przygotowań do wyjazdu.
Dzisiejszego ranka do towarzystwa wybieram Bena Howarda – płynące z głośników dźwięki rekompensują poczucie niewyspania i już po chwili znów zaczynam cieszyć się tym, co mnie czeka. W domu panuje lekkie zamieszanie – Brat niestety musi iść dzisiaj do pracy, natomiast Rodzice również szykują się do swojego wyjazdu. Jeszcze tylko rozlać leczo do słoików, spakować śpiwór, złożyć sobie życzenia i uściskać się z domownikami - jestem gotowa do wyjazdu.
Tym razem udało się, że to ja czekam na moich współtowarzyszy podróży – to dobry znak na przyszły rok :)
Wypadałoby teraz, choć trochę przedstawić tych tajemniczych współtowarzyszy. Jest to grupa tak zwanych „pokrewnych dusz” – wspólnie słuchamy muzyki (klasycznej i nie tylko), chodzimy na niesamowite koncerty, bawimy się w teatr, próbujemy malować, szukamy wartości, a przede wszystkim lubimy ze sobą rozmawiać. Każdy wnosi do tej grupy siebie i to jest w tym wszystkim najwspanialsze. Naszym opiekunem jest Pani Irena – niezwykły pedagog, dla którego człowiek jest najważniejszy.
            Pierwszy punkt programu – podróż samochodem do Zakopanego. Jest to jeden z podstawowych i wyjątkowych elementów naszych spotkań. Przede wszystkim zawsze słuchamy muzyki w samochodzie. Często towarzyszy nam min. Rachmaninow, Franck, Brahms. Tym razem w ramach poszerzania horyzontów zaczęliśmy od Nightwisha, przeszliśmy przez Karczmarskiego, Beatlesów, aby wrócić do Chopina i Dworaka. Oprócz muzyki towarzyszyły nam rozmowy – na rozgrzewkę dowiadywaliśmy się, co u nas słychać, standardowo pojawiła się seria dowcipów. W tak sympatycznej atmosferze bardzo szybko minęła nam podróż. Gdy nadeszła pora obiadowa, posililiśmy się w pięknej, zakopiańskiej regionalnej karczmie.
            Nadszedł czas na drugi (ten główny) punkt programu. Dotarliśmy w końcu do naszej ulubionej zabytkowej willi – Galerii Sztuki Współczesnej Dom Doktora prowadzonej przez Panią Magdalenę Kraszewską.


W tym momencie w  galerii niestety nie jest tak zielono, ale to w żaden sposób nie odbiera uroku temu miejscu :)

W tym miejscu zatrzymał się czas. Można poczuć prawdziwy zakopiański klimat. Planowaliśmy wieczór z poezją, lecz tym razem czekało nas co innego. Usłyszeliśmy wspaniałe historie o Hasiorze, parnasie zakopiańskim, rozmawialiśmy o życiu, ludziach. Były również momenty mniej poważne – kolejna seria dowcipów, układaliśmy historyjkę o Johnie Pięta co wywoływało łzy śmiechu. Nadszedł również czas na długo wyczekiwany przez nas koncert Adama – przepięknie malował obrazy dźwiękami utworów Chopina, Brahmsa, oraz własnymi kompozycjami. Mieliśmy okazję kolędować i stwierdziliśmy, że ta tradycja jest bardzo piękna, więc warto śpiewać kolędy częściej i dłużej – nie tylko dwie trzy zwrotki. Poznaliśmy sympatyczna grupę z Warszawy, którą również gościła Pani Magdalena. Były wspólne tańce, mieliśmy nawet profesjonalnego tancerza, który spowodował zawroty głowy u wszystkich pań. Wygibasy połączone były z muzyką na żywo i radosną improwizacją pianina z komputerem. Oczywiście nie daliśmy spokoju Adamowi i jeszcze kilka utworów musiał nam zagrać. Bez skrupułów wykorzystywaliśmy to, że kocha grać, a my moglibyśmy słuchać go nieustannie. Wybraliśmy się również na krótki spacer po Zakopanem na którym oglądaliśmy majestatyczne zarysy gór – cudowny widok.
             Tak wyglądał mój wieczór Sylwestrowy, który pozwolił oderwać się oderwać szarej rzeczywistości i z radością wejść w Nowy Rok. Momencik, co ja piszę? Przecież to jest właśnie moja rzeczywistość J
            Na koniec chcę podzielić się z Wami naszym stwierdzeniem, że jesteśmy bogaci. Bo bogatym nie jest ten co dużo ma, ale ten który niewiele potrzebuje.
Życzę Wam wszystkim wiele radości w Nowym Roku i takiej wspaniałej grupy przyjaciół!


pwd. Anna Hajduk wędr.

czwartek, 26 grudnia 2013

O dniu Wigilii z Hecunią, Aniołkiem, kredensem i o Bożym Narodzeniu

24 XII 2013
To właśnie ten dzień! Dzień, w którym co krok, to tradycja… I choć przeżywam go za każdym razem troszkę inaczej, to z pewnością wciąż jest to TEN dzień, w którym jak mówi piosenka „gasną wszystkie spory”, „który liczy się od zmroku”.
Co prawda mój zaczyna się jeszcze o zmroku, ponieważ idę na ostatnie poranne roraty, ale oczywiście trwam w oczekiwaniu na pierwszą gwiazdkę nowej nocy i wigilijną kolację. Jestem już od soboty w moim rodzinnym domu w Milanówku. Mam więc niezwykle wyjątkową okazję posłać świąteczne pozdrowienia dla dziewczyn z mojej macierzystej Mazowieckiej ChH-ek równocześnie z Mazowsza, gdzie się obecnie fizycznie znajduję, jak i z Małopolski – wszak piszę na blogu Małopolskiej Chorągwi Harcerek :D
Ostatnie roraty z cyklu „uBoga droga”. Ks. Robert pyta dzieci, czy mają swojego ulubionego świętego wśród tych, o których słyszeli na roratach i jedno dziecko odpowiada: „Pan Jezus” :) Ksiądz jeszcze chwilę z dzieciakami rozmawia, zwykle świetnie sobie z dziećmi radzi, dziś jednak ich uwagę zdecydowanie bardziej przyciąga dziewczynka wymachująca torebką:) Na koniec homilii ksiądz odczytuje list od Papieża Franciszka do polskich dzieci uczestniczących w roratach. To, że Papież napisał do dzieci, trafia do mojego serca… Przypominam sobie jak to kiedyś udało mi się nie opuścić żadnych rorat w całym Adwencie… Zebrałam wtedy wszystkie elementy układanki tworzącej bożonarodzeniowy obrazek…  Dostałam nawet jeszcze coś w nagrodę, nie pamiętam już co, ale pewnie gdyby to był list od Papieża, to bym lepiej zapamiętała :P
Po roratach czas na śniadanie. Tradycyjnie bezmięsne, nieduże, ot tyle żeby doczekać obiadku, który na szczęście w naszym domu w wigilię jest o 12-tej w południe. W tym roku szczęśliwie wygląda na to, że wszystko jest już do wigilii prawie gotowe i moglibyśmy przystąpić do wieczerzy w sumie już w porze tego obiadku, ale pierwsza gwiazdka jednak o 12-tej się raczej nie zechce pokazać. Zabieram się więc spokojnie za szykowanie ubrania, prasowanie obrusa, ostatnie porządki… Do posprzątania zawsze się coś jeszcze znajdzie, spokojna głowa ;) Pada nawet hasło: „to może jeszcze zdążymy pomalować sufit?” Ostatecznie jednak maluję dziś tylko… paznokcie.
Obiad (niezwykle punktualnie, bo wszyscy poszczą ;)) – sałatka ze śledziem w śmietanie, ziemniaczki w mundurkach i - zrobiona przez Ciocię Anię, po raz pierwszy u nas w domu - ryba po grecku. Rodzice z Ciocią wspominają świąteczne dni z dawniejszych czasów, że kiedyś np. Tata z Mamą wieźli na święta do domu do Tarnowa karpia kupionego w Warszawie (uwielbiam takie opowieści!), bo tak trudno było kupić. Oczywiście kupiony żywy, ale transportowany już nie jako żywy... Mama się zastanawia, które to dziecko wtedy było najmniejsze – czy już była Tysia (ja), czy tylko Ula… :) Potem znów schodzi na temat nowo sformułowanych przykazań kościelnych, czy wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych w piątki jest obowiązkowa, czy też może być zastąpiona inną formą postu... Chyba wniosek tej burzliwej dyskusji był taki, że generalnie nie ma sensu w ogóle o tym rozmawiać, tylko trzeba by sprawdzić, a i tak przecież liczy się przede wszystkim intencja, więc rozmowa jest bez sensu. W każdym razie nie wiem, czy sprawdzili, bo usunęłam się cichaczem by kontynuować (w spokoju :P)sprzątanie na piętrze...
Dźwięk huczącego odkurzacza i widok poruszającej się gwałtownie rury jak zwykle budzi zainteresowanie, a zarazem strach Hecuni (mieszka z nami kotka o imieniu Heca, a także druga o imieniu Kicia, ale ta akurat poszła chyba na spacer). Jej oczy bacznie obserwują każdy mój ruch. W końcu jednak chyba ściągnął ją na dół, do kuchni, zapach smażącego się karpia…

Chowam smoka (odkurzacz) i dołączam do silnej grupy nakrywającej stół. Chyba już wszystko gotowe… No to można się przebrać i ruszamy na poszukiwanie pierwszej gwiazdki (jest jeszcze całkiem jasno). Gwiazdę pierwszy wypatrzył w tym roku nasz jedyny brat, Adam. Wyszedł najwcześniej (nie musiał się czesać :P), a no i przecież ma wprawę w obserwacji nieba – wszak jest pilotem (za kilka lat być może ktoś z Was spotka go w samolocie pasażerskim!). Mimo że pokazuje mi miejsce na niebie, to i tak chwilę trwało, zanim ja też tę gwiazdę dostrzegłam… Ale oczywiście faktycznie tam jest! Możemy więc zaczynać świętowanie!
Tata odczytuje słowa Ewangelii, po czym mówi kilka zdań do nas wszystkich. Zapadła mi w sercu zachęta do zapraszania Jezusa do naszego codziennego życia, do wszystkich tych ludzkich spraw. Odmawiamy modlitwę, w której wspominamy też wszystkich tych, których teraz z nami nie ma… Łamanie opłatków… Chwila, której nie sposób opisać… Tak dobrze jest być razem z najbliższymi! Tata, Mama, moje siostry: Ula i Basia, brat Adaś, ciocia Ania… Życzenia na cały nadchodzący rok, a każdego z nas czeka tyle nowych rzeczy… Jacy spotkamy się za rok?

Siadamy do stołu, pierwszą potrawą jest barszcz z nafaszerowanymi grzybami uszkami (które liczymy za drugą potrawę, aby doliczyć się ich dwunastu w czasie jednej wieczerzy, a przy tym nie pęknąć z przejedzenia;)). Potem pierogi z kapustą, smażony karp podany wraz ze struclą (taka chałka drożdżowa) i kapustą kiszoną, do tego kompot z suszek (w tym roku wyjątkowo z dodatkiem pomarańczy). Przy okazji karpia Tata wspomina (jak co roku), że jego Dziadek zawsze do tej wigilijnej ryby podawał białe wino, mówiąc że to „żeby karp nie myślał, że go rekin połknął”:), przy czym sam nalewa białe wino z pradziadkowego kredensu (właśnie po tym Dziadku).
Za nami już siedem „potraw”, więc pada sugestia, że skoro tak dobrze nam idzie, to może warto sprawdzić, co to za prezenty Aniołek zostawił w tym roku pod choinką – leży ich jak zwykle cała masa… „Aniołek” – jako osoba przynosząca podarki pod choinkę to, zdaje mi się, nieczęsta tradycja… Ponieważ moja rodzina jest z Tarnowa, to zawsze myślałam, że to takie małopolskie. Tymczasem mieszkam w Krakowie już ponad 2 lata, i dopiero w zeszłym tygodniu trafiłam na osobę, u której w domu również prezenty przynosi właśnie Aniołek (nie Mikołaj, nie Gwiazdka, nie Gwiazdor, nie Dzieciątko, nie… jakie znacie jeszcze?). A jest tak też właśnie u jednej z moich wędrowniczek :) (pozdrowienia dla Agnieszki!).
Lecz zanim prezenty, to jeszcze trzeba najpierw coś zaśpiewać – oczywiście jakąś kolędę! Wszyscy przystają na „Wśród nocnej ciszy”, więc dom wnet rozbrzmiewa potężnym, radosnym śpiewem.
Jeszcze tylko wspólne zdjęcie przy choince (w rzeczywistość było ich z pięć co najmniej ;)), no i najmłodszy w rodzinie – Adam – rozdaje prezenty!
- wow, jakie super!
- no proszę!
- a co to?
- ale fajne!
- a Ty co dostałaś?
- o, pod kolor!
- a o czym to?
(chórem:) – Dziękujemy Aniołkowi!
Po tym procesie jadalnia wygląda tak, że wprost topimy się w prezentach, ozdobnych torebkach i papierkach:) Szybciutko więc trochę ogarniamy stół i pojawiają się na nim ciasteczka, pierniczki, sernik, makowiec… Zapomniany strudel znów został w piekarniku (Ale na szczęście znaleźliśmy go już następnego dnia. Kiedyś przeleżał tak przez całe 2 dni…).
Kolędowanie zaczyna się na dobre, przenosimy się więc do pokoju, w którym jest pianino. Kolędy to chyba najczęstszy repertuar, jaki gram ostatnimi laty – głowa nut nie pamięta, nuty muszę czytać od nowa, ale w palcach jakby mam to wszystko już tak zapisane, że i bez ćwiczenia jakoś idzie :D Ciocia Ania wyjęła też skrzypce! Gdy wybieramy kolejne kolędy, Ula wyciąga chórowe nuty do „Mizerny cichej” (w tej smętnej wersji, jedynej słusznej) i uczymy się na cztery głosy… W zasadzie to buczymy jak stado bawołów (przepięknie ;)), ale kto by się tym przejmował w wigilijny wieczór :P Stare, obcykane kawałki wychodzą nam jednak bardzo fajnie! A im więcej głosów, tym lepiej :)


W przerwie czas na orędzie przewodniczącego Episkopatu Polski abpa Michalika w TV oraz film o Bożym Narodzeniu – jakiś nowy, z aktorami o brytyjskich rysach, gdzie Maryja zwraca się do Józefa „Sweet Joseph”, jeden z magów przypomina Gandalfa, a czarnoskóry mag ma długie do pasa dredy. Historia ewangeliczna ukazana troszeczkę inaczej, ale z mocnym przekazem emocji i ukazująca niezwykłość wydarzeń. Potem jeszcze fragmencik Mszy Sw. z Watykanu – o dziwo tam nie odprawiają jej o północy… Noc trwa, ruszamy więc na naszą parafialną Pasterkę O PÓŁNOCY, która jest ostatnim punktem tego dnia, bo właściwie to jest już 25 grudnia…

25 i 26 XII 2013
Dni świętowania, kolędowania, spacerowania ku uciesze naszego psa Bobusia, odpoczynku, pieczonej gęsi ("tradycja" naszego domu od kilku lat)… Działo się dużo, lecz napiszę Wam tylko, co myślę już drugiego dnia Świąt... Myślę, że piękna jest różnorodność tradycji bożonarodzeniowych i wspaniale jest odkrywać wyjątkowość tego dnia ciągle na nowo. Myślę, że to bardzo pomaga nam przyjąć to Dziecię, które rodzi się TEJ nocy. Chciałabym Wam wszystkim życzyć, żeby Cud Bożego Narodzenia był obecny w Waszych sercach przez cały rok!

Czas wracać do świętowania :)

phm. Justyna Gutowska HR

niedziela, 22 grudnia 2013

Fitnessy, korki i Akcja Paczka.

Mój wpis miał ukazać się w piątek. Jednak Akcja Paczka nie dała za wygraną. Więc jest dziś.

Poprzedni dzień skończył się późno, a może właśnie wcześnie? Usnęłam słuchając konferencji o. Szustaka (tego, którego polecił mi Marek i tego, którego tak rewelacyjnie słuchało się w busie wracając z Litwy leżąc na tylnych siedzeniach), bardzo chciałam wysłuchać całej, ale nie było mi to dane. No nic- siła wyższa.

Poranek- budzik! Drzemka. Budzik! Drzemka. Budzik! Drzemka... Budzik! O nie! Gdzie jest koszulka na fitness? Znowu, jak zawsze, gdy się spieszę, wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy nie znajdują się tam, gdzie ostatnio je widziałam. Ale ufff, koszulka jest. Spodnie? Przecież wsadzałam je do torby! Kiedy frotka do włosów, adidasy i kosmetyczka są tam, gdzie powinny, a kluczyki do Fordzika trzymam w ręce- wybiegam. Jeszcze szybko rzucam okiem, czy kot, którego dokarmiam zjadł wszystko, co zostawiłam mu na noc (i jak zwykle mnie nie zawiódł!) i mogę ruszać. Chociaż nie- gdzie Tomek trzyma skrobaczkę do szyb? Jadę. Korek. (Zwierzę Wam się, że bardzo nie lubię jeździć po Krakowie. Pomimo tego, że prawko mam od pół roku i nie jestem mistrzem kierownicy w związku z tym, bardzo denerwuję się na drodze, kiedy jakiś samochód zbiera się i zbiera na światłach... Zwłaszcza na lewoskręcie na Grunwaldzkim!).

Dojeżdżam spóźniona, szczęśliwie pani w recepcji nie pyta, czy wchodzę na zajęcia, czy na siłownię, więc mogę wejść. Moje dzisiejsze fitnessy to pilates i streatching, więc mogę spokojnie oddychać :). Nie oznacza to, że jest łatwo. Na dodatek, kiedy próbuję odpocząć, pan trener wymownie się do mnie uśmiecha. Zajęcia się kończą, ale dochodzę do wniosku, że przecież mogę zostać na kolejnych! Więc zostaję :). Nie ma ze mną dziś Zosi, więc na koniec nie idę do sauny. Szybki prysznic i do domu.

Po drodze postanawiam zrobić zakupy, jadę do Lidla, gdzie jak zawsze nie mogę się powstrzymać i zachwycam się wszystkimi „deluxami”. Wychodzę obładowana (z zapasem musów czekoladowo- gruszkowych). 

Spotykam się z Tomkiem, by wspólnie, szybko coś zjeść. Przecież zaraz zajęcia z psychologii rozwojowej (to najciekawszy przedmiot, jaki zaproponowała mi uczelnia. Mogę godzinami słuchać p. dr i ciągle jestem tak samo zafascynowana tym, co mówi)- ćwiczenia i wykład.

Wieczór to ponownie Akcja Paczka... Ciągle ktoś daje znać, że jeszcze może nam coś przekazać, więc jeździmy... I trzeba koniecznie kupić siatki! Hurtownia na Makuszyńskiego daje radę. Jeszcze tylko zakupy, przecież kilka osób wpłaciło pieniądze na rzecz Paczki, trzeba je „z głową” wydać- materiały papiernicze, to jest to! Ponownie na Sąsiedzką... 

Już jutro wyjeżdżamy, a cały pokój mam zajęty przez różnego rodzaju artykuły do paczek. Postanawiamy je dziś spakować. Jak zwykle każde z nas ma swój pomysł, więc zanim osiągniemy kompromis, trochę czasu mija. Pakowanie trwa i trwa... Jest już środek nocy, a my odnaleźliśmy jeszcze dwa opakowania Prince-Polo. Pakujemy dalej.

Pisze do mnie Estera (równocześnie do Tomka dzwoni Maciek). Chcą, by przywieźć im serki z Litwy. Nie do końca rozumiemy ich zachwyt nimi, ale pewnie- kupimy!



Ostatecznie udało się zapakować 40 paczek dla dzieciaków, 2 dla ich opiekunek, 3 z trwałą żywnością. Mamy jeszcze materiały edukacyjne dla szkoły, karton ubrań i dużo zabawek i środków czystości dla młodszych dzieci. Dobra- koniec.

Jeszcze tylko jedzenie dla kota...

Kładę się spać znów próbując przesłuchać konferencji o. Szustaka. Jest godzina 3.30. O 6.36 jestem umówiona z Zosią pod Jubilatem. Jedziemy na fitnessy- tym razem intensywniej, bo Brzuchomania i Step.

Dziękuję. Dobranoc.


pwd. Paulina Łabuzek HR

PS. z niedzieli- Już wiem, o co chodzi z tymi serkami, są mniam! Poza zapasem dla rodziny Klimów, w lodówce jest też zapas dla mnie ;)

czwartek, 19 grudnia 2013

Facebook profesjonalnie, smok z klocków duplo i pierniczki jak na drożdżach

0:01- Czas start, teraz moja kolej opisać ten dzień.
Kończę robić ciasto na pierniczki, które mam nadzieję będę wypiekać jutro (a w zasadzie to już dziś). Zainspirowana pomysłem Ani Adamczyk na girlandę z pierniczków pomyślałam o zrobieniu także pierniczkowego łańcucha na choinkę, pierniczków do jedzenia oraz do prezentów dla rodziny. Jako, że nasza Wigilia to dwie wieczerze z rodziną Piotrka oraz moją – w sumie mamy do obdarowania prawie 20 osób – potrzeba sporo pierniczków.
Ciasto włożone do lodówki, czeka na dalszą obróbkę.
Teraz kolej na kalendarze. To taki nasz pomysł na część z prezentów w tym roku, aby podarować rodzinie fotokalendarze. Lubimy spersonalizowane, dopasowane prezenty, nie myśleliśmy tylko, że spisywanie ważnych dat i wybór zdjęć zajmą nam tyle czasu…

1:30 - Jeszcze krótka partyjka Quarto przed snem i najwyższa pora spać.

8:30 - Pora wstać, wszak ok. 9 ma do nas przyjść Kasia po ramkę na zdjęcia i zjeść z nami śniadanie. Ciężko wstać, może jeszcze 10 minut wylegiwania, a może 15?

8:45 - No dobra, wstajemy. Oby Kasia też wolała później wstać.

10 z minutami – Kasia dociera (uff, zdarzyliśmy na spokojnie wstać i przygotować śniadanie)
Jemy wspólnie śniadanie, lubię mieć gości, bo lubię gotować i dobrze jeść, a dla gości zawsze warto się postarać jeszcze bardziej. Śniadanie jest więc wyborne. Pieczony wczoraj chleb z czarnuszką znika szybciutko.

11:40 - Marta poznaje świat: dziś ma upodobanie we wkładaniu buteleczki do pudełka i wyjmowaniu – i tak kilkanaście a może kilkadziesiąt razy, no cóż, trzeba ćwiczyć precyzję :) radości z sukcesu nie ma końca.

18:15 - Docieram nieco spóźniona do Basi na spotkanie – szkolenie „Drużyna w Internecie”
Basia ma piękne mieszkanie. Na razie jest tylko ona i Aga, czekamy na resztę. Dziewczyny docierają. Spotkanie bardzo owocne, bo Basia wykazuje się profesjonalistką w temacie, dzieli się tym, co sama się nauczyła prowadząc FB hufca. Oglądamy strony rożnych środowisk i znajdujemy na nich różne kwiatki… ot choćby „Krąg Dziada Pały”. Poznajemy, co umieszczać, a czego nie na stronach naszych drużyn czy szczepów, jak korzystać ze statystyk na FB, czy jak szybko i prosto zrobić infografikę. Ja z tego spotkania wyniosłam caaaaaałe mnóstwo pomysłów i cennych uwag.

21:45 - Wracam do domu, strasznie zimno, spora mgła, brrrr, jakoś tak nieprzyjemnie i ślisko na drodze. Chcę być tam już jak najszybciej, ale trzeba jechać ostrożnie.
W domu Marta już śpi. Piotrek też, co za piękny obrazek ;)
Oprócz śpiochów zastaję też nowo-zbudowanego jeżdżącego smoka z klocków i fantastyczny tor przeszkód. Jednym słowem Piotrek, jako tata spisał się na medal!

22:30 - Czas upiec pierniczki, ale niestety ciasto się strasznie klei. Marta się budzi. 
Wałkuję ciasto, wycinam gwiazdki, ale nie da się ich oderwać od stolnicy, wszystko się rozciąga, zamiast gwiazdek wychodzą rozciągnięte naleśniczki. Jeszcze raz, i jeszcze… zmiana pomysłu, wałkuję na papierze, który położę od razu na blaszce. Pomysł lepszy, ale jednak sporo roboty z wybieraniem ciasta wyciętego spomiędzy gwiazdek.
Blacha idzie do piekarnika. Wooow, ale one rosną, ale pierniczki nie powinny rosnąć...Gwiazdki rozjechane, a z dziurek na sznurek do girlandy nic nie pozostało. Co tu jest nie tak? No tak, to pewnie efekt mojego eksperymentu (a muszę przyznać, że uwielbiam zmieniać przepisy, także robiąc coś pierwszy raz, to chyba jakiś drzemiący we mnie psotnik) sypnęło mi się za dużo cukru i zamiast mąki tylko orkiszowej dodałam trochę tej z żołędzi i pełnoziarnistej pszennej. Może da się to jeszcze jakoś uratować?

23:59 – czas stop - dzień się kończy.
Ależ skąd! Praca wre, jeszcze blacha z pierniczkami - choinkami. I coraz to ponawiane próby załadowania zdjęć do kalendarzy i wprowadzania ważnych dat.  

2:26 Pora spać. To był długi dzień. Reszta pierniczków jutro. I dokończenie kalendarzy też. Teraz tylko napisanie tego, co się dziś wydarzyło, wrzucam na bloga i…Dobranoc

phm. Anna Warzyńska HR

sobota, 7 grudnia 2013

Szósty grudnia, czyli mikołajkowe przygody.

13:00
Czy byłyście w tym roku grzeczne? 
Ja byłam, dlatego mój dzień, a w zasadzie doba rozpoczęła się od wizyty św. Mikołaja. Tego roku święty zaobserwował, że marzłam na obozie, dlatego obdarował mnie ciepłym śpiworem, który natychmiast postanowiłam wypróbować. Na rozbijanie namiotu pod blokiem ostatecznie się nie zdecydowałam i test przeprowadziłam na karimacie we własnym pokoju (przynajmniej przy skręconym kaloryferze). Trudno powiedzieć, czy był to mądry pomysł (moja mama twierdzi, że niekoniecznie), ale mogę z pewnością stwierdzić, że nie do końca wygodne posłanie, pozwoliło mi bez problemu podnieść się z niego rano, co zwykle, mimo wielu budzików różnego rodzaju, stanowi problem. Ze śpiwora jestem zadowolona – nie zmarzłam.
Dalej sprawy potoczyły się zwyczajnie i codziennie, aż do momentu, w którym postanowiłam upiec muffinki. Przetestowałam przepis przygotowując je na kurs przewodniczek - efekt był podobno niezły, zdecydowałam się więc ponowić ów popis i upiec je na wieczorną imprezę. Zmodyfikowałam nieco przepis i miałam zamiar podzielić się nim z Wami na blogu amuszamupapu.blogspot.com, bo adminka ostatnio zachęcała mnie do wpisu krzycząc przez całe moje osiedle (pozdrawiam Cię serdecznie, Olu!), ale z jakiegoś powodu moje babeczki tym razem nie są w kolorze złocistym, ale zupełnie nieapetycznym zgniłozielonym. Jeszcze są w piekarniku – mam nadzieję, że ich smak przyćmi wątpliwe walory estetyczne.

po wyciągnięciu babeczek z piekarnika
Na szczęście wyglądają bardziej na lekko brązowe niż zgniłozielone. Przepis jednak będzie na blogu (jeśli Ola zdecyduje, że się nadaje).

19:07
Zaraz zaczynam zbierać się na imprezę mikołajkową – w tym roku razem ze znajomymi postanowiliśmy wrócić do szkolnego zwyczaju losowania i przygotowywania prezentów, z tym, że nasze miały być robione własnoręcznie. Od momentu losowania głowiłam się, co przygotować. Ostatecznie udało mi się wyprodukować trochę pachnącej soli do kąpieli i przy pomocy foremki na lód, uformować ją w całkeim zgrabny kształt ćwiartek pomarańczy. Do tego z kawałków korka, kartonu i zdjęcia osoby obdarowywanej udało mi się skomponować nawet zgrabną tablicę korkową.

po powrocie do domu, godzina 3:18 dnia następnego
Bawiliśmy się nieźle. Tata gospodyni przebrał się za świętego Mikołaja i rozdawał nam paczki niemal jak w przedszkolu. Wśród prezentów znalazły się oczywiście słodycze, gry (karciane i komputerowe), koszulka, lampion w wichrowe wzory, miska na pierogi i szklanka z ociepleniem, a nawet grający ołówek (wydawał z siebie pisk podczas przyciskania go do papieru). Ja dostałam puszkę z napisem „Na co komu mąż?!”, która ma wypisane na sobie zdania, które ów małżonek miałby wypowiadać, zastępując go w ten sposób. Cóż, jeśli faktycznie nie poznam nikogo, to na pewno miło mi będzie przeczytać czasem sobie na przykład „wyglądasz dziś wyjątkowo” lub „będziemy robić co tylko zechcesz”.
Jestem pod ogromnym wrażeniem przyniesionych prezentów. Przygotowanie każdego kosztowało ogromnie dużo zaangażowania, a zdarzało się, że niektórzy wylosowali osobę, której nigdy nawet nie widzieli – nie stanowiło to przeszkody do postarania się, żeby sprawić jej przyjemność.

Jeden z naszych znajomych zapytał, czy to taka tradycja, że spotykamy się co roku w tym gronie i wymieniamy się prezentami. W tym roku udało nam się to pierwszy raz, ale chyba jednak pozostanie tradycją – taką przynajmniej mam nadzieję.

Jest już strasznie późno, a ja kolejny raz czytam swój wpis, sprawdzając czy się nadaje. Więcej już nie sprawdzam. Idę spać.


Basia Sabal

to my i Mikołaj (popatrzcie jak pięknie wygląda phm. Wierzejska)

poniedziałek, 2 grudnia 2013

O głosach w głowie, przestrzeni, Charlesie Dickensie i robótkach ręcznych.

      1 grudnia rozpoczynam od sprzątania domu, i pisania harcerskich maili. Aktualnie w moim życiu początek doby to najlepsza pora na załatwianie tego typu kwestii. Maciek i Florian śpią, wiec ja mogę oddać się bez skrępowania swoim fanatycznym potrzebom domykania wszystkich spraw przed pójściem do łóżka.
Efekt jest taki, że gdy już wreszcie wchodzę pod kołdrę o 2:00 nie mogę zasnąć bo mam głowę napakowaną myślami.
Powiem więcej. Słyszę głosy. Głównie mężczyzny w wieku około 40 lat, słyszę go wyraźnie, tak jak radio BBC, którego słuchałam jeszcze 2 godziny temu, z tym, że dźwięki są w mojej głowie. Wyłapuję strzępy jego wypowiedzi. Raz mówi po polsku, raz po angielsku. Padają słowa i nazwiska osób, których wydaje mi się, że nie mogę znać. Zanim zasnę śmieję się jeszcze z siebie, że za dużo zjadłam na noc pasty z cieciorki i w ogóle co za historia, a potem trzeba będzie ją opisać Wam wszystkim. Nie będę się pogrążać pisząc jeszcze o tym, co mi się śniło przez następne 9 i pół godziny.
       Jeszcze leżę z Flo w łóżku, rozlega się pukanie do drzwi, psy szczekają. Florian zrywa się jak zawsze w tej sytuacji, lecz dziś trochę mniej energicznie z racji swojego osłabienia po przebytym rotawirusie - "dziadzia!" -woła. Rzeczywiście przyszedł dziadek Andrzej, który przyniósł nam kulebiaka i wędliny domowej roboty. Południe wita mnie przygotowanym przez Maćka śniadaniem.

Nie mam jeszcze planów na to co zrobić z resztą dnia, ale Florian podchodzi do drzwi, bierze buty i nie przestaje pokazywać na wszystkie atrybuty niezbędne do odbycia spaceru. Więc cóż począć? Buty? Są! Kurtka? Jest! Szalik, czapka,aparat, nosidło, smycze dla psów? Są! No to w drogę!
        Początkowo myślimy, że pojedziemy gdzieś w góry, ale niebo jest wyraźnie podzielone na pół. Południe całe zachmurzone, północ słoneczna. Szybka decyzja - zawracamy - jedziemy w stronę słońca. W lesie i na łące czuję to co moje psy, czuję przestrzeń - jej bezmiar, bezczas, całą empirię, którą wraz z Kawą i Liską łączę w jedną wartość - wolność. Po raz kolejny uświadamiam sobie, że powinnam dążyć do zmiany miejsca zamieszkania. I zamieszkać choćby tu w tym starym siedlisku na skraju lasu, które właśnie penetrujemy.

Wracamy do domu trochę zmrożeni. Florian zasnął w samochodzie ale w domu muszę go ponownie uśpić. Trwa to trochę dłużej niż zwykle bo psy napełnione uczuciem przestrzeni, szczęśliwe w zgiełku roznoszą nam dom.
        Nareszcie się udaje. Mam czas żeby zapalić w kominku, włączyć komputer i sprawdzić dlaczego kora z brzozy tak dobrze się pali, jakie przeznaczenie ma w planie przestrzennego zagospodarowania działka, która jest moim marzeniem i co to znaczy, że to teren sportowo -rekreacyjny. Lubię tę porę dnia kiedy Florian śpi, w której czuję, że mogę wszystko. Zawsze trzeba się spieszyć z decyzją co się chce zrobić, selekcjonować, wartościować cele.
        Cel na dzisiaj: Maciej, zagramy w szachy i obalimy tabliczkę czekolady? Rozgrywka kończy się moją wygraną, pustym opakowaniem łaciatej milki i wołaniem Floriana. Dzisiaj się udało, cel został w pełni zrealizowany - zdążyliśmy.
        W wanie stoi i suszy się wózek pożyczony od mojego brata. Drażni mnie o tyle, że postanawiam przyspieszyć jego proces schnięcia. Stawiam go przed kominkiem. No dobrze, ale teraz dziura w jego obiciu nie daje mi spokoju.
Po raz kolejny przekonuję się o złożoności mojego charakteru. Jeśli chcę sobie odpocząć to nie powinnam ruszać czegokolwiek, bo jeśli ruszę to wywołuję lawinę. Jak już ten wózek jest czysty, a teraz się suszy, to go jeszcze naprawię. Włączam sobie BBC jakby noc niczego mnie nie nauczyła. Słucham siedmiu rozdziałów Oliviera Twista. Maciek z Florianem dołączają się do czynu społecznego i porządkują bieliznę. Skarpetka czerwona do czerwonej, dziurawa bardzo do kosza, mniej dziurawa też do kosza. Skończyłam szyć obicie wózka. W ręku trzymam igłę a ta ostatnia wyrzucona skarpetka nie daje mi spokoju. Przecież to jedna dziura. Zaceruję! Mówiłam, że to lawina. Ja nie potrafię sobie powiedzieć stop jak już zacznę sprzątać. Na szczęście Maciek i Floraian zaczynają wykazywać oznaki snu. A ja muszę jeszcze domknąć ten dzień. Muszę zrobić wpis na bloga. Jeszcze tylko parę podstawowych, życiowych czynności i chłopcy już śpią, a ja wracam do komputera żeby napisać te ostatnie zdania. I znowu jest po północy. To co dzisiaj mi się przyśni musiałoby być treścią kolejnego postu poza tym kogo to obchodzi... Więc kończę. Dobranoc/ Dzieńdobry.
phm. Estera Klima HR         

sobota, 30 listopada 2013

O telefonach, przypadkach, kawie, ogniu, mitsubishi, czyli o wiecznej przygodzie...

Czwartek. Dziś dzień zaczął się o drugiej... (Ten poprzedni skończył się lekko po północy.)


Dzwonił telefon,  obudziłam się w nieswoim łóżku. Nie wiem gdzie jestem, panuje ciemność. Zapalam lampkę. Dookoła nie moje, a jakby znajome  ściany.


Ktoś w słuchawce mówił, że była gastroskopia, że przełyku etc.  Próbuje zrozumieć...


Zakładam mundurek (taki niebieski, zielony) i idę. Monitor, ciśnienie leci, tętno rośnie...  Sonda, krew, osocze, płyny, leki i przyjęcie do kliniki... Jest piąta. Ciśnienie znów spada, morfologia, krew się wchłania, cewnik, diureza i tak dalej.  Jest 6.40 włączam ekspres, prysznic (w towarzystwie przyjaciół o wielu kończynach - ale póki co lepszego się nie dorobiliśmy). Wracam, zapach kawy się roznosi, kilka łyków; raport, wizyta, zlecenia, badania, kroplówki, nuda. Emocje powoli opadają,zmęczenie mnie dopada. Znów gorzej, już kto inny walczy. Prócz tego (a raczej "aż tego" dyżur spokojny), nie operowaliśmy, choć całą noc trwa walka.  8.30 - przychodzi szef, zaczynamy odprawę. Omawiamy sale, przyjęcia, zabiegi.  Ktoś wbiega, wzywa patrol,  resuscytacja. I to rytmiczne pikanie w mojej głowie. Co jeszcze można było? Czy wszystko? Kolega mówi, że nic więcej nie można, nie da się, trzeba poczekać. Rozchodzimy się do zajęć... Dzwoni telefon, zespół idzie na blok. Ktoś opowiada coś śmiesznego, ktoś pyta o stan pacjenta. To już jest trochę poza mną. W mojej głowie układa się plan na dzisiejsze przedpołudnie: poczta, Urząd Miasta, plany pracy, rozmowy z instruktorkami... Mam czas do 14.00. Uderza mnie podmuch zimnego powietrza, mżawka i przenikliwy listopadowy chłód. Myśli, że może trzeba inaczej, wolniej... Myśleć mi się nie chce.  Pali się rezerwa - to jeszcze stacja benzynowa. Wsiadam, samochód się nagrzewa, robi się ciepło i błogo. Za błogo i za ciepło, no to radio na cały głos, szyba na dół... i Kaczmarski. Tankuję do pełna. Chcę zapłacić i mówię "benzyna z sali nr 6". Sprzedawca się śmieje, ale rozumie, pyta o dane do faktury. Wszystko jasne: Indywidualna Praktyka Le...


W mojej głowie w jednym momencie burzy się plan działań na dziś... ( Zmienność decyzji świadczy o ciągłości dowodzenia jak mawiają u mnie w pracy). Jadę do Bibic, siadam w fotelu i już mnie nie ma.... Znowu telefon budzi mnie ze snu, tym razem ściany znajome choć już nie moje, dzwoni  pani z Biura Obsługi Abonenta. Wykorzystuje mój brak nieuwagi i luki w racjonalnym myśleniu. Tak staję się właścicielem nowiutkiego telefonu Sony L1 czy jakoś tam. Dobrze, że da się z niego dzwonić bo ta reszta i tak się nie przyda...


O 14 zaczynam kolejny dyżur ale tym razem pełny spokój - porządkuję dokumentacje, przygotowuję wypisy, idę na wizytę i czekam, czekam, czytam plany, myślę co trzeba zrobić. No właśnie zbiórka hufcowych w piątek 6.12. Jeszcze musimy dograć parę spraw z Esterą.. Trzeba zrobić komendę... Tylko kiedy?


Na przyszłą środę mam referat, czytam artykuł. Otwieram wytyczne, zaczynam pisać. Jutro przychodzi chora do zabiegu. Trzeba się przygotować, zastanowić, może oszczędzający i koniecznie zamówić "intrę". Znów telefon, kogoś boli brzuch, ale to nie wyrostek, na OIOMIE jest chory z wypadku, trzeba założyć drenaż... Idę. Założy kolega, który jest ze mną na dyżurze. Wracamy do siebie, przykładam głowę do poduszki, znów myślę o zbiórce hufcowych, że miałam zadzwonić... Odpływam, dzwoni telefon - tym razem budzik.


Znów obce łóż,ko, obce ściany ale takie znajome, kawa się parzy, ludzie się schodzą, jest 6.30 i znów pełnia życia, jak na Marszałkowskiej o 12 w południe. Chora z rakiem piersi nie przyszła, zmiana planu, mam dwie godziny na dokumenty, potem kawa u pielęgniarek (dzięki tym kawom jestem na bieżąco jeśli chodzi o seriale: np. Alicja, to jakiś chirurg z Torunia, znów jest z Maxem i nie wyjeżdża do Warszawy; Agata broni policjanta, a Roman jadł jakieś ciastka z marihuaną). Dzień jak co dzień -  opatrunki, chory wychodzi i trzeba mu powiedzieć, co mu wolno jeść, jak zmieniać opatrunek, kiedy do kontroli. Ktoś kogoś szuka, ktoś jest na bloku... Dzwoni komórka: "tak wytnę znamię, tylko skierowanie jest potrzebne", "tak, skręcona noga, to przyjedź jestem do 14.00, pewnie skręcenie", "trzeba Ci zeszyć ranę? to zeszyję". Jeszcze konsultacja na SORze. Aha! Odprawa popołudniowa i już prawie weekend. Jeszcze dwie godziny.  Już nie mogę się doczekać.  Dziś impreza jak za dawnych lat. Aha, idziemy z Tomkiem do zabiegu,  tracheostomia u tego z wypadku, z wczoraj, o 15.00. Zamówiliśmy obiad, zjemy zimny, zostawiamy pieniądze. Na szczęście to sushi. Jest 18.00.


Choćby nie wiem ile było pracy, to i tak nadchodzi ten moment, kiedy wsiadam do mitsubishi,  wracam do domu, zamykam drzwi, włączam ekspres ( ten wspaniały, co parzy najlepszą kawę na świecie), rozpalam w kominku, siadam w fotelu, patrzę w ogień i tęsknie za obozem, zapachem ogniska, sosny i trawy... ( Przecież cały rok się męczymy, żeby móc pojechać na obóz?!) I coś od dwóch lat obiecuję sobie, że jadę do Ewy do Stanów na wakacje, że może Toscania albo obiecany  mojej mamie Izrael... Lecz i tak już wiem, że wyjdzie jak zwykle...


Tylko dzisiaj jest szczególny piątek ... prysznic, szybka regeneracja, kawa, fryzjer...


Znów jest impreza. Po 10 latach spotkamy się z całą grupą ze studiów. Prawie wszyscy (z wyjątkiem naszej starościny) mieszkamy w Krakowie. Czasem się widujemy, załatwiamy sprawy zawodowe, ale wspólnie jak za starych czasów, jakoś nigdy nam nie wyszło (dwa lata temu było ognisko na kursie podharcmistrzyń, ale dziś już nic nie przeszkodzi). Wpisuje w GPS i jadę... Piękne osiedle, dzwonek, trochę się zastanawiam czy my mamy jeszcze coś wspólnego...


Minęło kupę czasu, a my wciąż piękni i młodzi. Jakbyśmy właśnie zdali kolejny egzamin i jechali oblewać na imprezę do Brzączowic...  Dziś też u Asi, choć standard jakby luksusowy. Teraz mamy domy, mieszkania, własne samochody, dorobek zawodowy - jednego docenta w grupie i ordynatora, v-ce ordynatora, wszyscy jesteśmy specjalistami, ale ludzie tacy sami... Tylko tuje urosły... Ogień zamknęliśmy na chwilę w kominku, a zamiast gitary było pianino (takich co na nim grają też mamy).


I tak weekend skończył się o 5 rano tym razem. Jak zwykle jakoś trudno było wyjść, choć rozum podpowiadał, że jutro zaczynasz o 8 kolejny dyżur...


Zaraz znów idę na blok operacyjny. Jest duży zabieg, duży brzuch, wyłonimy pewnie stomie. Jeszcze się dobrze nie zaczął dyżur, a już jest robota. Schodząc na blok ustawiam insuliny przed obiadem (u nas o 12 ): jeden ma 26 mmol/l, trzeba go zbadać, czemu tyle aż... Aha, na kardiologii pacjentowi kapie krew z opatrunku, jeszcze trzeba zobaczyć dlaczego - rano miał nacięty ropień...  Zaradzimy, jeszcze dwie inne konsultacje. Na SORze jest chory z pryszczem, nie pytajcie gdzie.. Irytuje się, idzie Tomek... (wykona mu zabieg ratujący życie).


Po południu wpadnie Agnieszka, skontrolujemy nogę, już rozmawiałam z ortopedą, zobaczy czy można zamienić szynę na buta pneumatycznego ), to może Kapituła się odbędzie z jej udziałem.


No póki co nie, jeszcze nie... Pacjent ma dalej dużo za dużo cukru, może pompa - ja nie jestem internistą,  teraz to ja wzywam na konsultację.


Siadamy i jemy makaron ze szpinakiem i łososiem, później kawa... i drzemka popołudniowa.., taka godzinna, i znów zadzwonił telefon...


Jest 22.00 siadam do komputera, no przecież od 3 dni mój czas na blogu... i tak od 3 dni wysyłam...


Wybaczcie taka karma... (jak mi powiedział pacjent, co to na urodzinach poszalał i zabrał mi parę chwil z życia w zeszłym tygodniu, jak nożyczki mu w plecach za głęboko utkwiły - ale on nie ma żalu do kolegi - taka karma...).


Po co spać kiedy wokół tyle się dzieje. Doba musi mieć 30 godzin, może wówczas wszystko byłoby na czas.


Teraz kiedy siedzę w dyżurce i grzeję się od " Farelki" myślę sobie, że nie ważne jaki się ma zawód, co się robi, ważne żeby to kochać, żeby robić to najlepiej jak się potrafi. żeby wierzyć w to co się robi. Czasem opadają ręce, czasem brak sił, a czasem po prostu się nie chce... Ale chyba jeszcze ważniejsze jest to, żeby robić to z ludźmi, którzy myślą i czują tak samo... ani jako chirurg ani jako komendantka, nic sama nie zdziałam, jako człowiek też niewiele... Mogę być głodna, niewyspana, zmęczona, czasami zła. Mogę operować całą noc, mogę przejechać 1000 km, żeby siąść przy ognisku. Nie jestem wybrednym człowiekiem, ale nie zrobię tego bez kawy,  Mitsubishi, kominka.  Ale przede wszystkim, nie byłoby mnie tu gdzie jestem dziś bez szefa, Roberta, Tomka, Wojtka, Józefa, Kingi, Wróbla, Laury, Gosi, Kasi, Olgi i tego co po drodze... tych setek przypadków, którzy dla mnie wciąż są ludźmi z problemami, chorobami i dramatami choć z czasem zacierają się ich twarze i choroby.


Zamykam komputer. Gaszę światło i czekam na kolejny telefon - jest 23.30...


Życie to wspaniała przygoda, jeśli przeżywa się ją z ludźmi, których się ceni, którzy wzajemnie się wspierają, a nie rywalizują... Tych ostatnich zostawia się po drodze, na rzecz tych, co dołączają...


Wasza komendantka,

specjalista chirurgii ogólnej, mam nadzieje że kiedyś na pieczątce napisze chirurg onkolog. ale to wymaga jeszcze wiele pracy.




środa, 27 listopada 2013

Świat oczami mamy, łyk kultury i spotkanie po roku…

Dziś kilka zdań ode mnie- czyli świat oczami Olgi ;-) Mama na pełen etat - tak chyba mogę o sobie teraz mówić. Pasuje mi to. Nasze ostatnie dni wyglądały na pozór dość podobnie. 8.30 pobudka (nie licząc tej około 4 nad ranem), śniadanko, spacerek, drzemka, obiadek, zabawa, zabawa, zabawa, kąpiel, butla i lulu ;-) Na tym można by właściwie zakończyć, gdyby nie to, że nie jesteśmy do końca tacy przewidywalni i nudni. Niedzielne przedpołudnie - paskudne zresztą - spędziliśmy całą rodziną w Parku Jordana. Szoko biegający za patykiem i Lenka, brodząca w błocie, wołająca go na całe gardło. Niezły duet. Jeszcze do tego małe buty, cięższe chyba o jakieś pół kilo z powodu ziemi z kretowiska ;-)
Popołudnie jak zwykle, a wieczór całkiem nietypowy. Byłam z mamą w teatrze u Salezjanów, na premierze sztuki „Kłamstwo”. Cztery na pozór proste historie ludzi, którzy gdzieś się pogubili i zapomnieli co w życiu jest najważniejsze. Głębokie, ale zagrane z humorem- polecam! Zwłaszcza do późniejszej dyskusji i refleksji. Właśnie o tym rozmawialiśmy cały wieczór z Bartkiem.
Wtorek - plan dnia jak wyżej, z drobną modyfikacją wieczorną. Objadaliśmy się w kawiarni całą rodziną pysznymi ciastkami z Cinnabons i popijaliśmy tropikalnym sorbetem - palce lizać. No i mała Lenka czarująca wszystkich dookoła i zachwycająca się świątecznymi dekoracjami. Echhhh, a do Świąt jeszcze cały miesiąc. No cóż…
No i w końcu dzisiejsze przedpołudnie. Nawet nie wiecie jak miło jest się spotkać z bratnią duszą, której nie widziało się rok. Tak, rok! Kasia od jakiegoś czasu mieszka w Hiszpanii i ostatnio była w Polsce właśnie w listopadzie 2012. A tu czas jakby stanął w miejscu. Miałyśmy sobie tyle do opowiedzenia, pokazania. Mroźne przedpołudnie na placu zabaw, między huśtawką a zjeżdżalnią, spędzone na miłych pogaduchach. Potem jeszcze wspólnie wypita herbatka w domu i wesołe popisy Lenki. I wiecie co w tym wszystkim było najpiękniejsze? Właśnie ta herbatka - to, że mimo tego, że Kasia jest w domu tak rzadko, to miała czas na to, żeby ją ze mną wypić. Nie w biegu, jedną nogą, tylko właśnie tak jak dawniej. Spokojnie i bez pośpiechu.
Lubię to moje spokojne bycie mamą na pełen etat ;-)

Jako dowód załączam kilka zdjęć. 


sobota, 23 listopada 2013

Szkoła w sobotę?




22.11.2013 godz. 16.21 czasu polskiego
"przez chmur przebiły się wał i w słońca patrzą krąg.." 

To zupełnie tak jak ja. Jakieś 45 minut temu opuściłam pochmurny jesienny Kraków. Samolot przebił warstwę chmur i zachodzące słońce (tak tak, właśnie w tym kierunku zmierzam) razi mnie tak, że musiałam zasłonić samolotowe okienko.  

Bardzo ciekawie pisze się program działań dla Polonii na Wyspach Brytyjskich w przyszłym roku (działania edukacyjne, kulturalne, obchody narodowych świąt itp.), słuchając okrzyków tejże Polonii na pokładzie samolotu do Londynu. Budzi się refleksja, czego Ci ludzie naprawdę potrzebują? Czy to naprawdę reprezentatywny obraz Polaków w Londynie? 

23.11.2013 godz. 18.45 czasu brytyjskiego
popijam herbatę bez mleka;) byłam dzisiaj w kolejnej Szkole Sobotniej i znowu jestem pod wrażeniem. Szkoły sobotnie są organizowane głównie przez rodziców i nauczycieli. W wynajmowanych brytyjskich szkołach, co tydzień w sobotę między 9.00-13.00 dzieci w wieku 4-18 lat uczą się języka polskiego, geografii i historii. W szkole, w której byłam dzisiaj jest... ponad 500 dzieci. Po 5 minutach w pokoju nauczycielskim (gdzie akurat omawiano udział Szlachetnej Paczce) byłam pod wielkim wrażeniem kobiet (bo oczywiście z mężczyzn jest pan geograf i ksiądz), które to wszystko organizują. Istnienie szkół sobotnich świetnie ilustruje skalę polskiej emigracji. W samym Londynie jest ich ponad 20, a w całej Wielkiej Brytanii – ponad 100! 

(Niektórzy do szkół sobotnich chodzą w mundurach harcerskich. Dzisiaj po lekcjach KPH zbierało jakieś pieniądze;)) 

Jutro obiecuję zdjęcia - specjalny wysłannik do Londynu 
phm. Hanna Tucznio