poniedziałek, 3 listopada 2014

Dwa w jednym, czyli jak 31.10 i 1.10 stały się jednym dniem.

Po wczorajszym telefonie mojej cioci wiedziałam, że ten dzień będzie długi. 22 godziny z doby to dużo, jednak 42 są lekką przesadą. Czasem myślę, że dobrze byłoby, gdyby doba trwała 48 godzin. Zawsze mam za mało czasu na wszystko, upycham kolejne punkty planu dnia jak tylko mogę i pędzę na szóstym biegu naprzód. Po tym doświadczeniu dobrze się zastanowię, kiedy takie myśli zaczną się rozbijać po mojej głowie...
Wspaniały poranek – 6:00 – pierwszy budzik. Drzemka. 6:05. Drzemka. 6:10. Drzemka... I tak powstało spóźnienie! O śniadaniu nawet nie pomyślałam, bo już mój misternie ułożony plan dnia legł w gruzach. 
O 8:15 jestem już na rusztowaniu. Kończymy renowację kościoła oo.Bernardynów w Krakowie. Teraz został ostatni etap - kruchta. Odkryliśmy tam z dwa miesiące temu tzw. "zacheuszki", które dziś prezentują się już całkiem nieźle. Mnie czeka jednak malowanie ścian. Takie prace też należą do zadań technika konserwacji. Ale i tak najbardziej lubię dłubać w ścianie skalpelem i odkrywać zasłonięte szarym tynkiem piękności.
Dziś maluję jak szalona, żeby wyrobić się wcześniej niż zwykle. O 17:00 mam być na cmentarzu Podgórskim, gdzie odbędzie się Brzozowy Krzyż - coroczna akcja Piątki Krakowskiej. Spotykamy się przy symbolicznym grobie Naszego patrona, aby wspomnieć zmarłych Piątaków. To taka nasza wewnętrzna "Chwała Bohaterom", o której możecie poczytać tutaj: http://chwalabohaterom.zhr.pl/.
Jest 14:30, wybiegam z kościoła, po drodze zahaczając o sklep gospodarczy. W końcu marmurowe podłogi w kościele muszą się na jutro świecić. Podrzucam zakup pracującym, a sama pędzę na tramwaj. Wbiegam po schodach i wskakuję do wanny. Praca w konserwacji ma jeden duży minus - umycie głowy ze wszystkiego, co na nią spada w trakcie pracy, zajmuje 3 razy więcej czasu niż normalnie! Z uporem maniaka szoruję więc głowę 3 razy. Na nic to! Mam pernamentną, darmową trwałą z tynku, kurzu i wszystkiego, co spada ze sklepienia... Trudno. Czasu i tak już nie mam. 
Alarm mundurowy! Znowu pobijam swój rekord o kilka sekund i lecę na pętlę. Po drodze zbieram liście klonu, żeby zrobić kwiaty na grób (a robi się je tak: http://www.tipy.pl/artykul_11028,jak-zrobic-kwiaty-z-lisci%C2%B7.html).
W tramwaju konsultuję z moją przyboczną, Mery, informacje o odwiedzonym przez Nas grobie bohatera, Bogusława Kuźmińskiego. Jestem pod bramą Podgórskiego o 16:45. ZZet Żar prawie w pełnym składzie, a moją uwagę przykuwają piękne mundury Mery, Anki i Wandy. I to ciemne! Wyglądają zabójczo ;) Czekamy na resztę Wichrowych ZZtów, ruszamy pod grób phm. Stanisława Okonia, Sumaka Śmiałego. Apel poległych, zapalenie zniczy, opowieści o odwiedzonych bohaterach, nadanie bordowych chust. Można się na chwilę zadumać, ale warto było, jak co roku, przybyć na Brzozowy Krzyż. Po krótkiej odprawie na Akcję Znicz, wsiadam w tramwaj i jadę do domu. Tam ostatnie przygotowania rzeczy na stoisko.
Wybija 21:30 - wsiadam w samochód, kierunek - Tesco Kapelanka. Wiszę na telefonie z Maćkiem (jednym z tych kolegów Julki Ł. ze studiów), ustalamy ile siatek i zapałek mam kupić. Tesco jak zawsze mnie nie zawodzi. Mam wszystko. Czas na kolejny punkt programu.
Tak się niefortunnie zdarzyło, że 23 lata temu, przyszła na świat moja przyjaciółka, Anna. No, może całkiem dobrze, że się urodziła, ale z terminem to nie trafiła. Rok w rok pędzę z Brzozowego na jej urodzinowe przyjęcie, a potem na Akcję Znicz. I tak też jest dziś. Wszyscy już są, prezenty wręczone (w tym roku zrzutka na plecak turystyczny, rozmiar idealny do Ryanair'a). Składam życzenia i witam się ze wszystkimi. 
Miałam zostać godzinę. Cóż. 2:00 wsiadam w samochód, odwożę kilka osób po drodze i o 3:00 jestem pod magazynem. Zaczynamy rozwózkę zniczy. Jadę razem z Tomkiem na Podgórski, gdzie do 5:20 rozkładamy stoisko. Kupienie trytytek było świetnym pomysłem, bo tak jak Silvertape i WD-40, nadają się do wszystkiego!



O 5:40 jestem w domu. 30 minut drzemki. 6:15 wstaję i zbieram się do pracy. Dziś mój pierwszy prawdziwy dzień. Czas mija mi całkiem szybko, bo już myślę o tym, że zaczynam swoją wartę na cmentarzu o 18:00.
Po pracy powrót do domu, kolejny alarm mundurowy i jadę na Podgórski. Znicze coś nie idą, ludzi coraz mniej. Stoję z Olą i Agatą, czas umilamy sobie miodkami (wiecie, że można je zjeść tylko w Krakowie? przynajmniej tak powiedzieli dziś w radio), popcornem i porządkowaniem stoiska. O 22:00 dziewczyny szczęśliwie wracają do domu z rodzicami, a ja czekam na Virgę, która ma obstawić wartę nocną. Zanim się obejrzałam, wędrowniczki przybyły, zapakowane w kurtki, spodnie, ocieplacze i co tam innego w szafie znalazły. Wsiadam w moją Toyotę i pędzę więc na Salwator. Tam poznaję nowy pluton z Orkanu, który na Brzozowym Krzyżu otrzymał chusty. Chłopaki są gotowi do warty, zabieram utarg po Arboretum i wracam do domu. Po drodze złapałam jeszcze wędrowniczego orkanowego autostopowicza, który jechał na moje osiedle. 
Jest szczęśliwie 1:00. Piżama, łóżko i ostatnie 5 sekund świadomości... 

P.S. Jeszcze dwie genialne rzeczy dla Was! W temacie 1.11, ku pamięci rowerzystów, którym artyści składają hołd: http://statekkosmiczny.pl/ghost-bike/, a także śniadaniowe inspiracje pewnego niezwykle utalentowanego Pana:  http://www.saipancakes.com/



phm. Karolina Wierzejska HR
drużynowa 5 KDH Błyskawica

sobota, 1 listopada 2014

Całe życie w MPK


Poniedziałek?! Znowu? Ostatnio jakoś tak się składa, że każdy weekend w całości poświęcam na różne harcerskie przyjemności, dlatego budząc się 27 października rano, pierwsze, o czym myślę, to miliony rzeczy, które miałam zrobić, a na które czasu, jak zwykle, nie wystarczyło.
Jako, że najbardziej na świecie nie lubię się spieszyć, staram się wstawać dwie godziny przed wyjściem z domu, żeby móc spokojnie napić się kawy, zjeść śniadanie, posłuchać porannych wiadomości. Tak jest i dziś.
Ruczaj, miejsce dla wielu (zwłaszcza mieszkańców mojej części Krakowa) nieznane, znajdujące się gdzieś „na końcu świata”, do którego dojazd na poranne zajęcia zajmuje mi około pięćdziesięciu minut wcale nie okazuje się być za daleko. Podczas podróży liniami 503 i 18 udaje mi się nadrobić trochę weekendowych zaległości, przeczytać rozdział książki na ćwiczenia a nawet przeglądnąć sprawozdanie merytoryczne fundacji, której analizą zajmuje się moja grupa na zajęciach.
Po około półtorej godziny znów siedzę w 18. W tramwaju udaje mi się napisać zawiadomienie o zgromadzeniu publicznym, które podobno miałam wysłać do piątku. Miejmy nadzieję, że wykładowcy mają ciekawsze rzeczy w weekend do zrobienia, niż sprawdzanie U-maila. Na przykład tak jak ja, mogli się udać do Doliny Kobylańskiej, gdzie czekając na patrole przyszłych samarytanek mogłam pooglądać takie widoki…


Dojeżdżam na Bracką, gdzie przez dwie godziny słucham o tym, czym jest wojna hybrydowa, jak działają polski wywiad i kontrwywiad, kto ma dostęp do dokumentów „ściśle tajnych”. Po wykładzie po raz kolejny wsiadam do 18, żeby wrócić na Ruczaj i porozmawiać o tym, jak w Krakowie wyglądają konsultacje społeczne.
Harcerski weekend wcale nie sprawia, że poniedziałek można spędzić bez ZHR, dlatego jeszcze tylko odwiedzę zbiórkę Dudków (na której wreszcie dowiem się jak zrobić popularną bransoletkę z kolorowych gumek) i mogę z czystym sumieniem wsiąść do 503, żeby udać się na jedno z moich ulubionych harcerskich wydarzeń- radę szczepu.
Wracam do domu, siadam do komputera z zamiarem przeczytania materiałów na jutrzejsze zajęcia, do pokoju wchodzi jednak moja siostra informując mnie o nowym odcinku Watahy (nowy, polski serial o służbie granicznej, polecam zwłaszcza miłośnikom Bieszczad!).
Na szczęście, Ruczaj jest na tyle daleko, że to, co powinnam zrobić dziś, zrobię jutro w 503…
Dobrej nocy!

pwd. Aleksandra Kozik
drużynowa 19 KLDH „Kwiaty Nieba”