sobota, 30 listopada 2013

O telefonach, przypadkach, kawie, ogniu, mitsubishi, czyli o wiecznej przygodzie...

Czwartek. Dziś dzień zaczął się o drugiej... (Ten poprzedni skończył się lekko po północy.)


Dzwonił telefon,  obudziłam się w nieswoim łóżku. Nie wiem gdzie jestem, panuje ciemność. Zapalam lampkę. Dookoła nie moje, a jakby znajome  ściany.


Ktoś w słuchawce mówił, że była gastroskopia, że przełyku etc.  Próbuje zrozumieć...


Zakładam mundurek (taki niebieski, zielony) i idę. Monitor, ciśnienie leci, tętno rośnie...  Sonda, krew, osocze, płyny, leki i przyjęcie do kliniki... Jest piąta. Ciśnienie znów spada, morfologia, krew się wchłania, cewnik, diureza i tak dalej.  Jest 6.40 włączam ekspres, prysznic (w towarzystwie przyjaciół o wielu kończynach - ale póki co lepszego się nie dorobiliśmy). Wracam, zapach kawy się roznosi, kilka łyków; raport, wizyta, zlecenia, badania, kroplówki, nuda. Emocje powoli opadają,zmęczenie mnie dopada. Znów gorzej, już kto inny walczy. Prócz tego (a raczej "aż tego" dyżur spokojny), nie operowaliśmy, choć całą noc trwa walka.  8.30 - przychodzi szef, zaczynamy odprawę. Omawiamy sale, przyjęcia, zabiegi.  Ktoś wbiega, wzywa patrol,  resuscytacja. I to rytmiczne pikanie w mojej głowie. Co jeszcze można było? Czy wszystko? Kolega mówi, że nic więcej nie można, nie da się, trzeba poczekać. Rozchodzimy się do zajęć... Dzwoni telefon, zespół idzie na blok. Ktoś opowiada coś śmiesznego, ktoś pyta o stan pacjenta. To już jest trochę poza mną. W mojej głowie układa się plan na dzisiejsze przedpołudnie: poczta, Urząd Miasta, plany pracy, rozmowy z instruktorkami... Mam czas do 14.00. Uderza mnie podmuch zimnego powietrza, mżawka i przenikliwy listopadowy chłód. Myśli, że może trzeba inaczej, wolniej... Myśleć mi się nie chce.  Pali się rezerwa - to jeszcze stacja benzynowa. Wsiadam, samochód się nagrzewa, robi się ciepło i błogo. Za błogo i za ciepło, no to radio na cały głos, szyba na dół... i Kaczmarski. Tankuję do pełna. Chcę zapłacić i mówię "benzyna z sali nr 6". Sprzedawca się śmieje, ale rozumie, pyta o dane do faktury. Wszystko jasne: Indywidualna Praktyka Le...


W mojej głowie w jednym momencie burzy się plan działań na dziś... ( Zmienność decyzji świadczy o ciągłości dowodzenia jak mawiają u mnie w pracy). Jadę do Bibic, siadam w fotelu i już mnie nie ma.... Znowu telefon budzi mnie ze snu, tym razem ściany znajome choć już nie moje, dzwoni  pani z Biura Obsługi Abonenta. Wykorzystuje mój brak nieuwagi i luki w racjonalnym myśleniu. Tak staję się właścicielem nowiutkiego telefonu Sony L1 czy jakoś tam. Dobrze, że da się z niego dzwonić bo ta reszta i tak się nie przyda...


O 14 zaczynam kolejny dyżur ale tym razem pełny spokój - porządkuję dokumentacje, przygotowuję wypisy, idę na wizytę i czekam, czekam, czytam plany, myślę co trzeba zrobić. No właśnie zbiórka hufcowych w piątek 6.12. Jeszcze musimy dograć parę spraw z Esterą.. Trzeba zrobić komendę... Tylko kiedy?


Na przyszłą środę mam referat, czytam artykuł. Otwieram wytyczne, zaczynam pisać. Jutro przychodzi chora do zabiegu. Trzeba się przygotować, zastanowić, może oszczędzający i koniecznie zamówić "intrę". Znów telefon, kogoś boli brzuch, ale to nie wyrostek, na OIOMIE jest chory z wypadku, trzeba założyć drenaż... Idę. Założy kolega, który jest ze mną na dyżurze. Wracamy do siebie, przykładam głowę do poduszki, znów myślę o zbiórce hufcowych, że miałam zadzwonić... Odpływam, dzwoni telefon - tym razem budzik.


Znów obce łóż,ko, obce ściany ale takie znajome, kawa się parzy, ludzie się schodzą, jest 6.30 i znów pełnia życia, jak na Marszałkowskiej o 12 w południe. Chora z rakiem piersi nie przyszła, zmiana planu, mam dwie godziny na dokumenty, potem kawa u pielęgniarek (dzięki tym kawom jestem na bieżąco jeśli chodzi o seriale: np. Alicja, to jakiś chirurg z Torunia, znów jest z Maxem i nie wyjeżdża do Warszawy; Agata broni policjanta, a Roman jadł jakieś ciastka z marihuaną). Dzień jak co dzień -  opatrunki, chory wychodzi i trzeba mu powiedzieć, co mu wolno jeść, jak zmieniać opatrunek, kiedy do kontroli. Ktoś kogoś szuka, ktoś jest na bloku... Dzwoni komórka: "tak wytnę znamię, tylko skierowanie jest potrzebne", "tak, skręcona noga, to przyjedź jestem do 14.00, pewnie skręcenie", "trzeba Ci zeszyć ranę? to zeszyję". Jeszcze konsultacja na SORze. Aha! Odprawa popołudniowa i już prawie weekend. Jeszcze dwie godziny.  Już nie mogę się doczekać.  Dziś impreza jak za dawnych lat. Aha, idziemy z Tomkiem do zabiegu,  tracheostomia u tego z wypadku, z wczoraj, o 15.00. Zamówiliśmy obiad, zjemy zimny, zostawiamy pieniądze. Na szczęście to sushi. Jest 18.00.


Choćby nie wiem ile było pracy, to i tak nadchodzi ten moment, kiedy wsiadam do mitsubishi,  wracam do domu, zamykam drzwi, włączam ekspres ( ten wspaniały, co parzy najlepszą kawę na świecie), rozpalam w kominku, siadam w fotelu, patrzę w ogień i tęsknie za obozem, zapachem ogniska, sosny i trawy... ( Przecież cały rok się męczymy, żeby móc pojechać na obóz?!) I coś od dwóch lat obiecuję sobie, że jadę do Ewy do Stanów na wakacje, że może Toscania albo obiecany  mojej mamie Izrael... Lecz i tak już wiem, że wyjdzie jak zwykle...


Tylko dzisiaj jest szczególny piątek ... prysznic, szybka regeneracja, kawa, fryzjer...


Znów jest impreza. Po 10 latach spotkamy się z całą grupą ze studiów. Prawie wszyscy (z wyjątkiem naszej starościny) mieszkamy w Krakowie. Czasem się widujemy, załatwiamy sprawy zawodowe, ale wspólnie jak za starych czasów, jakoś nigdy nam nie wyszło (dwa lata temu było ognisko na kursie podharcmistrzyń, ale dziś już nic nie przeszkodzi). Wpisuje w GPS i jadę... Piękne osiedle, dzwonek, trochę się zastanawiam czy my mamy jeszcze coś wspólnego...


Minęło kupę czasu, a my wciąż piękni i młodzi. Jakbyśmy właśnie zdali kolejny egzamin i jechali oblewać na imprezę do Brzączowic...  Dziś też u Asi, choć standard jakby luksusowy. Teraz mamy domy, mieszkania, własne samochody, dorobek zawodowy - jednego docenta w grupie i ordynatora, v-ce ordynatora, wszyscy jesteśmy specjalistami, ale ludzie tacy sami... Tylko tuje urosły... Ogień zamknęliśmy na chwilę w kominku, a zamiast gitary było pianino (takich co na nim grają też mamy).


I tak weekend skończył się o 5 rano tym razem. Jak zwykle jakoś trudno było wyjść, choć rozum podpowiadał, że jutro zaczynasz o 8 kolejny dyżur...


Zaraz znów idę na blok operacyjny. Jest duży zabieg, duży brzuch, wyłonimy pewnie stomie. Jeszcze się dobrze nie zaczął dyżur, a już jest robota. Schodząc na blok ustawiam insuliny przed obiadem (u nas o 12 ): jeden ma 26 mmol/l, trzeba go zbadać, czemu tyle aż... Aha, na kardiologii pacjentowi kapie krew z opatrunku, jeszcze trzeba zobaczyć dlaczego - rano miał nacięty ropień...  Zaradzimy, jeszcze dwie inne konsultacje. Na SORze jest chory z pryszczem, nie pytajcie gdzie.. Irytuje się, idzie Tomek... (wykona mu zabieg ratujący życie).


Po południu wpadnie Agnieszka, skontrolujemy nogę, już rozmawiałam z ortopedą, zobaczy czy można zamienić szynę na buta pneumatycznego ), to może Kapituła się odbędzie z jej udziałem.


No póki co nie, jeszcze nie... Pacjent ma dalej dużo za dużo cukru, może pompa - ja nie jestem internistą,  teraz to ja wzywam na konsultację.


Siadamy i jemy makaron ze szpinakiem i łososiem, później kawa... i drzemka popołudniowa.., taka godzinna, i znów zadzwonił telefon...


Jest 22.00 siadam do komputera, no przecież od 3 dni mój czas na blogu... i tak od 3 dni wysyłam...


Wybaczcie taka karma... (jak mi powiedział pacjent, co to na urodzinach poszalał i zabrał mi parę chwil z życia w zeszłym tygodniu, jak nożyczki mu w plecach za głęboko utkwiły - ale on nie ma żalu do kolegi - taka karma...).


Po co spać kiedy wokół tyle się dzieje. Doba musi mieć 30 godzin, może wówczas wszystko byłoby na czas.


Teraz kiedy siedzę w dyżurce i grzeję się od " Farelki" myślę sobie, że nie ważne jaki się ma zawód, co się robi, ważne żeby to kochać, żeby robić to najlepiej jak się potrafi. żeby wierzyć w to co się robi. Czasem opadają ręce, czasem brak sił, a czasem po prostu się nie chce... Ale chyba jeszcze ważniejsze jest to, żeby robić to z ludźmi, którzy myślą i czują tak samo... ani jako chirurg ani jako komendantka, nic sama nie zdziałam, jako człowiek też niewiele... Mogę być głodna, niewyspana, zmęczona, czasami zła. Mogę operować całą noc, mogę przejechać 1000 km, żeby siąść przy ognisku. Nie jestem wybrednym człowiekiem, ale nie zrobię tego bez kawy,  Mitsubishi, kominka.  Ale przede wszystkim, nie byłoby mnie tu gdzie jestem dziś bez szefa, Roberta, Tomka, Wojtka, Józefa, Kingi, Wróbla, Laury, Gosi, Kasi, Olgi i tego co po drodze... tych setek przypadków, którzy dla mnie wciąż są ludźmi z problemami, chorobami i dramatami choć z czasem zacierają się ich twarze i choroby.


Zamykam komputer. Gaszę światło i czekam na kolejny telefon - jest 23.30...


Życie to wspaniała przygoda, jeśli przeżywa się ją z ludźmi, których się ceni, którzy wzajemnie się wspierają, a nie rywalizują... Tych ostatnich zostawia się po drodze, na rzecz tych, co dołączają...


Wasza komendantka,

specjalista chirurgii ogólnej, mam nadzieje że kiedyś na pieczątce napisze chirurg onkolog. ale to wymaga jeszcze wiele pracy.




środa, 27 listopada 2013

Świat oczami mamy, łyk kultury i spotkanie po roku…

Dziś kilka zdań ode mnie- czyli świat oczami Olgi ;-) Mama na pełen etat - tak chyba mogę o sobie teraz mówić. Pasuje mi to. Nasze ostatnie dni wyglądały na pozór dość podobnie. 8.30 pobudka (nie licząc tej około 4 nad ranem), śniadanko, spacerek, drzemka, obiadek, zabawa, zabawa, zabawa, kąpiel, butla i lulu ;-) Na tym można by właściwie zakończyć, gdyby nie to, że nie jesteśmy do końca tacy przewidywalni i nudni. Niedzielne przedpołudnie - paskudne zresztą - spędziliśmy całą rodziną w Parku Jordana. Szoko biegający za patykiem i Lenka, brodząca w błocie, wołająca go na całe gardło. Niezły duet. Jeszcze do tego małe buty, cięższe chyba o jakieś pół kilo z powodu ziemi z kretowiska ;-)
Popołudnie jak zwykle, a wieczór całkiem nietypowy. Byłam z mamą w teatrze u Salezjanów, na premierze sztuki „Kłamstwo”. Cztery na pozór proste historie ludzi, którzy gdzieś się pogubili i zapomnieli co w życiu jest najważniejsze. Głębokie, ale zagrane z humorem- polecam! Zwłaszcza do późniejszej dyskusji i refleksji. Właśnie o tym rozmawialiśmy cały wieczór z Bartkiem.
Wtorek - plan dnia jak wyżej, z drobną modyfikacją wieczorną. Objadaliśmy się w kawiarni całą rodziną pysznymi ciastkami z Cinnabons i popijaliśmy tropikalnym sorbetem - palce lizać. No i mała Lenka czarująca wszystkich dookoła i zachwycająca się świątecznymi dekoracjami. Echhhh, a do Świąt jeszcze cały miesiąc. No cóż…
No i w końcu dzisiejsze przedpołudnie. Nawet nie wiecie jak miło jest się spotkać z bratnią duszą, której nie widziało się rok. Tak, rok! Kasia od jakiegoś czasu mieszka w Hiszpanii i ostatnio była w Polsce właśnie w listopadzie 2012. A tu czas jakby stanął w miejscu. Miałyśmy sobie tyle do opowiedzenia, pokazania. Mroźne przedpołudnie na placu zabaw, między huśtawką a zjeżdżalnią, spędzone na miłych pogaduchach. Potem jeszcze wspólnie wypita herbatka w domu i wesołe popisy Lenki. I wiecie co w tym wszystkim było najpiękniejsze? Właśnie ta herbatka - to, że mimo tego, że Kasia jest w domu tak rzadko, to miała czas na to, żeby ją ze mną wypić. Nie w biegu, jedną nogą, tylko właśnie tak jak dawniej. Spokojnie i bez pośpiechu.
Lubię to moje spokojne bycie mamą na pełen etat ;-)

Jako dowód załączam kilka zdjęć. 


sobota, 23 listopada 2013

Szkoła w sobotę?




22.11.2013 godz. 16.21 czasu polskiego
"przez chmur przebiły się wał i w słońca patrzą krąg.." 

To zupełnie tak jak ja. Jakieś 45 minut temu opuściłam pochmurny jesienny Kraków. Samolot przebił warstwę chmur i zachodzące słońce (tak tak, właśnie w tym kierunku zmierzam) razi mnie tak, że musiałam zasłonić samolotowe okienko.  

Bardzo ciekawie pisze się program działań dla Polonii na Wyspach Brytyjskich w przyszłym roku (działania edukacyjne, kulturalne, obchody narodowych świąt itp.), słuchając okrzyków tejże Polonii na pokładzie samolotu do Londynu. Budzi się refleksja, czego Ci ludzie naprawdę potrzebują? Czy to naprawdę reprezentatywny obraz Polaków w Londynie? 

23.11.2013 godz. 18.45 czasu brytyjskiego
popijam herbatę bez mleka;) byłam dzisiaj w kolejnej Szkole Sobotniej i znowu jestem pod wrażeniem. Szkoły sobotnie są organizowane głównie przez rodziców i nauczycieli. W wynajmowanych brytyjskich szkołach, co tydzień w sobotę między 9.00-13.00 dzieci w wieku 4-18 lat uczą się języka polskiego, geografii i historii. W szkole, w której byłam dzisiaj jest... ponad 500 dzieci. Po 5 minutach w pokoju nauczycielskim (gdzie akurat omawiano udział Szlachetnej Paczce) byłam pod wielkim wrażeniem kobiet (bo oczywiście z mężczyzn jest pan geograf i ksiądz), które to wszystko organizują. Istnienie szkół sobotnich świetnie ilustruje skalę polskiej emigracji. W samym Londynie jest ich ponad 20, a w całej Wielkiej Brytanii – ponad 100! 

(Niektórzy do szkół sobotnich chodzą w mundurach harcerskich. Dzisiaj po lekcjach KPH zbierało jakieś pieniądze;)) 

Jutro obiecuję zdjęcia - specjalny wysłannik do Londynu 
phm. Hanna Tucznio 

wtorek, 19 listopada 2013

Całkiem Zwykły Wtorek – z pamiętnika młodego nauczyciela. Odsłona Pierwsza.


            Autor: harcmistrzyni Wróbel

Pierwsza pobudka, druga pobudka, trzecia pobudka…..czas wstać! I co całkiem szybko! Bo przecież jak minie wtorek to już prawie mam… weekend! ( z dużym przymrużeniem oka).
Otóż zawsze we wtorki dużo się dzieje! Po tym jak zadzwoni budzik, kilka pobudek co 2 minuty, dzwoni tramwaj zaraz po tym jak do niego wbiegam a następnie dzwoni dzwonek szkolny!
Ten dzwonek oznacza wiele: po pierwsze , że nie spóźniłam się do pracyJ, po drugie że Kasia, Tomek, Arek i Gerard już biegną w moją stronę, a po trzecie oznacza start  kolejnej niepowtarzalnej przygody!
O tym co dzieje się po dzwonku- bardzo chętnie opowiem osobiście! Zdradzę jedynie, że dzisiaj: Tomek nauczył się wiązać lewego buta i z radości powiązał wszystkie buty w szatni na basenie ( podczas gdy ja próbowałam wysuszyć głowę Kasi, która udawała syrenkę), Arek miał premierę samodzielnego pisania cyfry trzy i napisał ją również na twarzy Gerarda, Gerard pohamował się przed kilkoma przekleństwami co było wielkim wyczynem, a Kasia zaczęła produkcję ozdób świątecznych na zajęciach z gliny i przypuszczam, że w tym tempie do świąt wyprodukujemy ich na 60 choinek. Więcej nie zdradzam! Polecam poznanie moich uczniów osobiście!
Wracając do dzwonków. Dzisiaj dzwonił również ten w telefonie. Dzwonił do Kangura ( znane harcerkom miejsce;-), ale przede wszystkim dzwonił bo kilka ważnych, mądrych osób chciało rozmawiać ze mną.  Zyskałam dzięki nim chustę do noszenia dzieci( o tym jeszcze będzie wzmianka jutro;-), nową perspektywę rozwoju, i kilka opowiastek z życia… a zaraz to ja będę dzwonić do moich ulubionych hufcowychJ
Ostatnia ciekawostka jest taka, że każdy dzień wrażeń kończę spacerem do domu. Spaceruję z Dietla na Most Grunwaldzki przez Rynek Główny. Ciekawe czy wiecie co i ile razy w tym czasie dzwoniło?J


                                                                                              Do jutra! CZUWAJ!

poniedziałek, 18 listopada 2013

O jeździe samochodem, siedzeniu przy stole i prowadzeniu badań


poniedziałek, godzina 19:00

Właśnie wróciłam z pracy do domu. Powiem wam szczerze, że jazda samochodem, codziennie 30 km w jedną stronę, ma wiele wad (trzeba wcześniej wstać, bo mieszka się dalej, nie można wyskoczyć do domu po to, czego się zapomniało, itp.), ale z drugiej strony bardzo lubię ten czas (ok. pół godziny), kiedy koncentrując się na drodze, powoli hamuję w sobie to, czym przed chwilą żyłam na kampusie i wracam do tego, co jest w domu (druga rzecz: po prostu cenię sobie mieszkanie w Niepołomicach:) ).

W skrócie rzecz ujmując dzisiejszy dzień koncentrował się na pracy z ludźmi, zaczynając od "odprawy", którą rozpoczynamy każdy nasz tydzień spotykając się w ośmio-osobowym zespole, dzieląc się tym, co jest ważne, zadając sobie na wzajem pytania, próbując dojść do nowych rozwiązań, poprzez prowadzenie zajęć, po ustalanie na szybko ostatecznego tytułu wystąpienia na konferencję, która odbywa się jeszcze w tym miesiącu, po ustalenia dotyczące wizyty studyjnej do Belgii (która już na początku grudnia) i przez wiele innych spraw, a także nagrywanie wypowiedzi o sobie dla zupełnie nieznanych sobie osób (w ramach projektu badawczego IBE, w który się zaangażowałam niedawno dotyczącego funkcjonowania szkoły w środowisku lokalnym, zaciekawionych odsyłam do strony: http://eduentuzjasci.pl/pl/badanie-wspolpracy.html), aż po seminarium badające postępy w moim doktoracie.
Swoją drogą zastanówcie się na szybko, o czym powiedziałybyście na swój temat (mając kilkanaście sekund) do zupełnie nieznanych osób, do których macie przyjechać na badania? To nie takie proste, jak przynajmniej mi się wydawało. 

Ale zostawiam to wszystko na razie, bo bardziej chciałabym się z wami podzielić tym, co ma dla większe znaczenie i wiąże się z domem, do którego właśnie wróciłam. Otóż w niedziele (z racji moich urodzin) zorganizowaliśmy z Pawłem rodzinny obiad u nas w domu. Nie poszliśmy na łatwiznę, bo przygotowane potrawy były w dużej mierze premierami (ja wychodzę z założenia, że trzeba robić to, co się umie i zna, na szczęście mój mąż nie - za co mu bardzo dziękuję). 
W każdym razie przygotowaliśmy między innymi: schab w sosie jabłkowym, na pierzynce z smażonych talarków ziemniaczanych z serem, pomidorem i brokułami. POLECAM GORĄCO!
Co prawda przygotowując to spotkanie bardziej odpowiadałam za dekoracje niż za potrawy, ale mojego autorstwa były dwie tarty (malinowa i jabłkowa), no i pochwały jednak szły na wspólne konto. 

Taki czas jest wspaniały, kiedy można razem usiąść przy stole, porozmawiać, zjeść coś pysznego, ogrzać się ciepłem z kominka… Pomimo przygotowań od rana i sprzątania domu od soboty, mam poczucie, że to był dobry czas, którego ostatnio bardzo mi brakowało.
  
Kolejna uroczysta kolacja, którą mamy zamiar przygotować u nas w domu to wigilia na kilkanaście osób, trzymajcie kciuki!

pozdrawiam ciepło 
Laura  

sobota, 16 listopada 2013

O bieganiu, gotowaniu i rybkach :)

Cześć, czuwaj!
Z tej strony phm. Basia Danecka. Dzisiaj sobota. Nie wiem jak Wam minęła, ale dla mnie - intensywnie i szybko. Siedzę właśnie pod kołdrą, z kubkiem ciepłej herbaty w zasięgu ręki i cieszę się, że jutro nie muszę wstawać o 6:00, ale mogę spać do woli, a przynajmniej tyle, na ile pozwoli mi Lenka (weekendowy ekspert w budzeniu rodziców i tygodniowy ekspert w "śpię jeszcze trzy minutki, mamo" :)) Czterolatka nie odgadniesz - powiem Wam to nie tylko jako mama, lecz także jako ktoś, kto przebywa na co dzień z osiemnastką przedstawicieli tej grupy wiekowej :) Dotyczy to wielu codziennych spraw - poczynając od ubierania, poprzez jedzenie, a na zabawie skończywszy. Ale ponieważ lubię niespodzianki, a także lubię wyzwania, to nie wyobrażam sobie, że mogłabym pracować gdzie indziej niż w przedszkolu. 
Dzisiaj mierzyłam się z innym wyzwaniem - rano prowadziłam szkolenie dla nauczycieli. I choć poziom stresu z tym związanego był spory, to oceniam, że było bardzo przyjemnie - zwłaszcza, że rozmawiałyśmy z paniami o bardzo miłych sprawach - masażykach dla dzieci. A że wypróbowywałyśmy je  na sobie, więc tym bardzie było przyjemnie.
A potem pędziłam (a w zasadzie pędziliśmy z Michałem, bo on też się dzisiaj szkolił) do domu jak na skrzydłach, bo nasza Lenka miała wrócić od dziadków, u których była od wczoraj. (W tym miejscu chcę podziękować Dziadkom, którzy są dla nas dużym wsparciem opiekuńczym, mimo że mieszkają w Chrzanowie - Mamo, Tato - dzięki :)) I tak zrobiło nam się familijne spotkanie przy stole, z herbatą i domowym ciastem od babci... Lubimy spotkania przy stole :)
Popołudnie minęło nam na wspólnym pichceniu - sprawdziliśmy nowy przepis, który serdecznie polecamy: http://www.kuchnianadatlantykiem.com/2010/01/tartiflette-czyli-co-jedza-sabaudzcy.html
A wieczorem starczyło jeszcze czasu na zajęcie się naszymi domowymi pupilami. Ostatnio zrobiło się w naszym akwarium ciasnawo, przyrost naturalny przerósł możliwości zbiornika. Zarzuciliśmy sieci i wyłowiliśmy dwudziestu "ochotników".  Lena pożegnała się z nimi słowami "Żegnajcie rybeńki, pa pa..." i rybki znalazły nowy dom w sklepie zoologicznym...
A teraz jest już późny wieczór i marzę o tym, by pójść spać... Niestety nie mam dla Was żadnego zdjęcia, ale postaram się nadrobić to jutro. Uściski dla Was! Pogodnej niedzieli! Czuwaj!

piątek, 15 listopada 2013

Z walizką przez pola.

Tu ponownie Małgosia Wczelik. Pozdrawiam już z Krakowa. Dzień miniony przyniósł mi takie oto doświadczenia :

Śniadanie jem zawsze od razu po obudzeniu się, wyjątkiem są te dni, gdy uda mi się wstać jeszcze w środku nocy na roraty. Jem zawsze coś, najczęściej natomiast nie mam czasu na jakieś rewelacje śniadaniowe. Dzisiaj było wyjątkowo, na śniadanie było wszystko co można jadać śniadaniowo w naszym klimacie. Wybór był trudny, przyznam, wzięłam więc dużo różnych rzeczy, między innymi sushi!

Chciałam również podzielić się może niezbyt oryginalnym spostrzeżeniem, że plecak to wspaniały wynalazek, a odczuwa się to wtedy, gdy trzeba gdzieś przedostać się z walizką. Otóż dziś niestety dociągnęłam za sobą swoją walizeczkę na przystanek busów w pewnej świętokrzyskiej wsi i stwierdziłam, że niestety busa mam nie zaraz jak myślałam, a za 20 minut, co niestety nie pozwoli mi dojechać punktualnie na pociąg. Zrobiłam zatem pierwsze co mi przyszło do głowy - złapałam stopa (wraz z walizeczką). Pan, który mnie wiózł rozwozi na terenie pomiędzy Radomiem a Szydłowcem między innymi tymbarki. Był bardzo miły i zgodził się zawieźć mnie na dworzec PKP w Szydłowcu. Kto zna ten teren powinien być zorientowany, że stacja w Szydłowcu jest de facto 5 km od miejscowości, trzeba przekroczyć drogę krajową nr 7, przejechać przez las i dopiero się jest. Nie wiedział tego mój kierowca, ani ja, ale był bezbłędny w szacunkach i dowiózł mnie jak rakieta na stację 5 minut przed przyjazdem.

Po przyjeździe czekał mnie kursowy wykład numer 2 i zaraz po nim próba kabaretu. Dodam, że moja walizeczka jest w nim niezbędnym rekwizytem.
Stuk, stuk, stuk tej walizeczki na krakowskim bruku jest jednak czymś, za czym zdecydowanie nie przepadam.

środa, 13 listopada 2013

Z Krakowa przez Beskidy w Kieleckie.

Hej druhny oraz Wszyscy którzy tu trafiliście! Z tej strony hm. Małgosia Wczelik.
Mam przyjemność rozpocząć nasze codzienne życiowe blogowe historie, które będziemy tutaj wrzucać przez cały rok. Do opisania przypadł mi ten intensywny czas, którym chcę się z Wami podzielić.

Po poniedziałkowych uroczystościach z okazji 11 listopada oraz wieczornym kominku instruktorskim (informacja dla wtajemniczonych: maszyna do pisania została tam przez przypadek!), nadszedł dla mnie ważny dzień. 12 listopada jak zwykle udałam się do pracy rowerem, tym razem nie ubrana jak pani prawnik : ) , a za to w nowiutkim polarze przewodnika beskidzkiego (w pięknym makowym kolorze).
Zaraz po pracy poszliśmy z kolegą Szymonem, który przywitał mnie w sweterku przewodnika beskidzkiego (kolor burgund) do sali przy ul. Zyblikiewicza, w której o 18 miało się odbyć pierwsze spotkanie organizacyjne Kursu Przewodników Beskidzkich 2013-2015, którego jestem "szefową". Razem z resztą ekipy kierowników, którą możecie zobaczyć tutaj robiliśmy generalną próbę przed godziną 0. Spotkanie poszło dobrze, było około 60 osób (dobre i to, choć liczyłam na więcej). Przy okazji - być może znacie chętnych na kurs, a może chciałyście same? Bardzo serdecznie zapraszam, zapisy trwają do 19 grudnia, wszystkie informacje tutaj: http://www.kurs1315.skpg.krakow.pl/ : )


Ekipa szefostwa od lewej: ja, Marcela, Kuba, Rafał, Szymon, Maciej, Jagoda

Ale, ale... to jednak nie był koniec tego intensywnego dnia. Po spotkaniu kilkoro przewodników (między innymi być może znana Wam phm. Justyna Gutowska) zostało w sali na próbę kabaretu. Taki kabaret mamy co roku, odbywa się on na wyjazdowym spotkaniu Studenckiego Koła Przewodników Górskich (tak zwanym "leciu"), gdzie też uroczyście "blachowani" są nowi przewodnicy. W kabarecie przypadła mi rola bardzo sympatycznego potwora. Dodam, że na scenie występuję z wielką dmuchaną orką, którą pożyczyła mi druhna Naczelniczka Kasia Bieroń : ) Próba trwała bardzo długo, ale musiałam wyjść z niej wcześniej, żeby zdążyć się przespać choć chwilkę, bo już kolejnego dnia....
O godzinie 5:19 z dworca głównego ruszyłam pociągiem do Skarżyska Kamiennej (pozdrowienia dla wszystkich harcerek ze Skarżyska!), a stamtąd busem. Dziś cały dzień spędzam na kongresie poświęconym ochronie danych osobowych, bo tym między innymi zajmuję się w pracy. Piszę w tym momencie z luksusowego wnętrza Pałacu Odrowążów i zaraz udam się na basen, na co mam ogromna ochotę, pomimo że padam z braku snu.

Tymczasem!

poniedziałek, 11 listopada 2013

Jubileusz! 3, 2, 1, 0... START!

Druhny Instruktorki!

Dziś rozpoczynamy świętowanie Jubileuszu 25 – lecia Małopolskiej Chorągwi Harcerek.
Zapraszamy Was do współtworzenia naszego jubileuszowego bloga. 
Chcemy, by stał się on miejscem, które pozwoli nam się lepiej poznać, miejscem, w którym będziemy miały okazję opowiedzieć o sobie inaczej niż tylko od „harcerskiej strony”. 
Zapraszamy do zapoznania się z instrukcją obsługi bloga oraz grafikiem wpisów.
Mamy nadzieję, że każda z nas zechce zostawić tu swój własny ślad!



Czuwajmy!