piątek, 26 września 2014

Wstawaj, szkoda dnia!

8:30...Nieco sobie dziś pofolgowałam i podarowałam trochę więcej snu. Dobra wiadomość - mój brat już wyszedł do pracy, więc nie muszę z nim walczyć o kuchnię ani łazienkę. Mama też już nie śpi – będę mogła w końcu choć trochę z nią porozmawiać. Obie się spieszymy, nie mogąc się nagadać przenosimy konwersacje do małej łazienki, gdzie razem usiłujemy się bezkolizyjnie pomalować. Niezbyt często motywuję się, żeby zrobić sobie makijaż, ale w związku z moim stażem robię jedną z głupszych rzeczy jakie kiedykolwiek przyszły mi do głowy. Otóż, aby zwalczać krzywdzące stereotypy...


...i budować pozytywny wizerunek bibliotekarzy staram się zawsze (poza oferowaniem mojej profesjonalnej pomocy w sprawach przeróżnych) ładniej wyglądać. Makijaż jest, sukienka, sweterek, szalik, czapka, kurtka...wybiegam z domu z książką w ręce. Pewnie i tak zmarznę - niestety klimatyzacja jest zepsuta i cały czas wieje chłodem. Z małymi komplikacjami i krótkim spacerem docieram do MOCAKu, jeszcze parę kroków i znajdę się w bibliotece. Witają mnie uśmiechy Oliwii i Joli oraz Roland – drugi stażysta. Ku mojej radości nie ma na razie dla mnie żadnych pilnych spraw do załatwienia, co oznacza, że mogę się zająć wybebeszaniem internetu w poszukiwaniu informacji na temat zadany mi przez kierowniczkę biblioteki przed jej wyjazdem na urlop. Niedługo wraca, więc dobrze byłoby już coś mieć... chyba wszyscy w muzeum cieszą się, że znajdę wszystko czego potrzebują, bo lubią z tego korzystać ;) Na spokojne miejsce do pracy wybieram wystawę stałą – Bibliotekę prof. Mieczysława Porębskiego, o której piszę pracę magisterską. 

http://www.mocak.pl/biblioteka-mieczyslawa-porebskiego

Właśnie wzięłam się za badanie księgozbioru, kiedy weszły dwie zwiedzające. Zawinięta w koc (tak, jeden sweter, to jednak za mało!) opowiadam im fascynujące anegdoty związane z książkami oraz obrazami profesora, wymachując przy tym rękami jak niezbyt wprawny nietoperz. Wyglądają na zadowolone. Kiedy wychodzą, udaje mi się spisać parę dedykacji (co nie jest łatwe, bo są niewyraźne i po francusku), a tu kolejni zwiedzający. Lubię oprowadzać, ale przecież „porębski” sam się nie zbada! Na szczęście popołudniu jest więcej luzu, mogę więc poświęcić się dalszym zmaganiom z francuskimi sentencjami spisanymi chyba przez samych lekarzy, sądząc z charakteru pisma. Prawdziwą nagrodą okazuje się pierwsza znaleziona przeze mnie wśród książek poważanego profesora dedykacja spisana po polsku: „Grzeczniutkiej Tereni od św. Mikołaja” :) Czas biegnie nieubłaganie, w bibliotece udaje mi się zrobić jeszcze parę rzeczy, a tu już 19:00 i trzeba biec do okręgu! Udaje mi się dotrzeć w całkiem dobrym czasie, a na miejscu spotykam mnóstwo wspaniałych osób, których się nie spodziewałam. Siadamy z Basią i Kasią, aby omówić parę ważnych spraw. Idzie nam całkiem szybko, ale i tak z okręgu wychodzę dopiero po 22:00 – w końcu ktoś musi wspierać biuro Małopolskiej Chorągwi Harcerzy. Ale i tak koniec końców udaje mi się być w domu wcześniej niż zwykle - koło 23:00 :) Biorę się do pracy i nawet nie wiem kiedy i dlaczego robię się dziwnie senna... Koniec końców zasypiam kolo 2:00.

MAMMA MIA, zaspałam! 7:00!!! Biegiem zjadam śniadanie, biorę prysznic, manatki w garść i wybiegam z domu. Punkt 8:00 zjawiam się u niespełna 1,5 rocznego Janka, któremu umilam czas podczas nieobecności Jego rodziców. Dziś jest wyjątkowy dzień – będziemy mogli razem wariować przez całe 10 godzin! Później jest już tylko coraz bardziej wyjątkowo – okazuje się, że ktoś dowiedział się w sekretariacie, iż nie otworzą mojej specjalizacji, muszę więc zdążyć złożyć podanie o przeniesienie na inną dziś do 11:00. Szybko piszemy z Jankiem podanie, na które nie sposób odmówić, po czym ubieramy się ciepło, pertraktujemy podroż wózkiem i ruszamy w drogę. Jankowi nie bardzo podoba się to, że nie może chodzić po autobusie, dlatego wymyślam coraz to nowsze rozrywki, abyśmy względnie bezstresowo przetrwali tę podróż. Po ostatniej przesiadce na szczęście zasypia, mogę więc spokojnie wydrukować papiery i przedyskutować swoją sytuację z dyrektorem instytutu. Jest zgoda na przeniesienie! Zbieramy się, już oboje przytomni i nieco mniej bezstresowi, docieramy do parku, gdzie obserwujemy pracę trzech traktorów przy koszeniu trawników. 

https://www.youtube.com/watch?v=uilwO3QWpQs

Zawsze wydaje mi się to śmieszne, że takie „widowisko” przyciąga tłumy ludzi z wózkami, którzy stoją naokoło przypatrując się całemu procesowi z namaszczeniem. Sama jednak każdorazowo w nim uczestniczę dziękując Bogu za to, że przez chwilę ktoś inny dostarcza rozrywki małemu smykowi ;) Popołudniowy plan zajęć mamy obfity. Wracamy co prawda na obiadek i dwa podwieczorki, trafia się też małe spanie, ale w międzyczasie śpiewamy, tańczymy, ratujemy świat, rysujemy i gramy w piłę. Kiedy o 18:00 wychodzę od Janka biegnę jeszcze na tramwaj i jadę na Dworcową pomóc Szymonowi w wysyłce kresowych paczek, żeby zdążył przed zamknięciem poczty. Kiedy po 20:00 kończymy jeść obiad, dopiero zaczynam odczuwać jak bardzo męczące potrafią być wycieczki na Ruczaj w uroczym towarzystwie i wszelkie inne atrakcje tego dnia. Kładę się tylko na momencik...i kiedy otwieram oczy jest już 21:30! Szymon odwozi mnie do domu – całe szczęście, bo po schodach, wciąż nie do końca przytomna wchodzę slalomem. A tu tyle jeszcze rzeczy do zrobienia! Ale jakoś tak mętnieją, bledną.. rozpływają się spłoszone równym tempem miarowego oddechu...

pwd. Anna Heilman wędr.
wicehufcowa Hufca Zuchowego Kraków - Krowodrza "Tajemniczy Ogród"

p.s. Dla wszystkich fanów ukulele ulubiony kawałek Janka-melomana: Rasputin w wykonaniu The West Cork Ukulele Orchestra

środa, 24 września 2014

Każda minuta się liczy

5:10 Pobudka
5:15 Okupacja łazienki
5:27 Ubieram się
5:30 Aneta (współlokatorka) wyłącza swój okropnie głośny budzik
5:42 Ubieram na siebie dwie warstwy swetrów
5:49 Zabieramy śniadanie z lodówki
5:50 Wychodzimy z mieszkania
5:51 Wracamy się po chleb
5:58 Zakupy świezych drożdzówek
6:03 Marzniemy na przystanku
6:07 Śniadanie w tramwaju 76 kierunek Dworcowa
6:11 Przystanek Bieżanowska
6:18 Autobus 301 kierunek Niepołomice
6:19 Czytanie Więźnia Labiryntu- nie będę Wam polecać
6:47 Przystanek Niepołomice Kościuszki
6:59 Powinien przyjechać autobus 221 kierunek Mały Płaszów
7:02 Nareszcie jest
7:09 Przystanek Niepołomice Kątek
7:10 450 metrowy spacer na miejsce
7:21 Rozgrzewajaca herbata
7:29 Przebranie się w fartuch
7:30 Rozpoczęcie praktyk studenckich
7:31 Mycie zlewek
7:58 Dalej myję zlewki
8:06 Trafił się cylinder miarowy!
8:08 Dalej myję zlewki
8:45 Myję kolbki stożkowe
9:36 Jodometryczne oznaczenie miedzi
9:47 Nastawienie roztworu zawierającego miedź na kolumnę jonitową
10:00 Śniadanie pracowników, ja siedzę na krzesełku obrotowym i się husiam
10:32 Przerwa śniadaniowa dla mnie i Anety
10:33 Gorąca herbata, chlebek, szynka, serek biały, papryka, sałata zielona
11:08 Oznaczenia kwasowości próbek
11:39 Opróżnienie suszarki na szkło laboratoryjne
11:56 Mycie pojemników na nowe próbki
12:12 Podpisanie pojemników, przygotowanie etykietek na paletopojemniki
12:31 Pobranie próbek
13:19 Pomiar pH próbki po kolumnie, oznaczenie kwasowości oraz zawartości miedzi
13:47 Umycie pozostałego szkła laboratoryjnego
14:16 Przebranie się z fartuchów
14:31 Autobus 221 kierunek Mały Płaszów
14:59 Przystanek Mały Płaszów
15:00 Tramwaj lini 70, następnie 703 i 76
15:34 Przystanek Nowosądecka
15:38 Zakupy
15:56 Nareszcie w domu
16:03 Przychodzą Asia z Krzysiem na planszówki
16:13 Smażę pierwszego naleśnika
16:17 Udaje mi się obrócić pierwszego naleśnika podrzucając go
1626 Pierwszy naleśnik ląduje na podłodze...
17:27 Wsiąść do pociągu
18:52 Cytadela
20:14 Time's up
21:12Goście wychodzą
21:18 Nastawienie zmywarki- przynajmniej w domu nie zmywamy
21:20 Bitwa o łazienkę
22:04 Nareszcie w łóżku
22:06 Spać... Zaraz zaraz, czy ja nie miałam jeszcze czegoś napisać?


pwd. Aleksandra Łuszczyńska wędr.
drużynowa 1.SGZ "Podniebna Kraina"

wtorek, 23 września 2014

są ciekawsze rzeczy niż choroba!

Mój dzień zaczął się w nocy. Zimno, leje, gęsta mgła. Stoimy na przystanku autobusowym, który przemienił się w prawdzimy plan filmowy. Z trzech samochodów ekipa filmowa wyciąga cały sprzęt niezbędny do nagrania reklamy "Shell'a". Reżyser krótko przedstawił nam scenariusz i rozmieścił wszystkich. Moja rola polegała na tym, co mi naprawdę dobrze wychodzi – na staniu i rozmawianiu. I tak przez trzy godziny.... “więcej ekspresji! Przesuń się trochę w prawo! Łap światło! Gestykuluj! Lustruj wzrokiem!” i wreszcie.... “Mamy to!”. Kamera jeździłą po specjalnej szynie tam i z powrotem próbując uchwycić wszystko jak najlepiej. Nikt nie był zestresowany, ani nieprzyjemny, widać, że cała ekipa robi to co lubi. I pomimo niezbyt przyjemej nocy (a jeszcze muszę wspomnieć o tym, że poszłam tam prawie bez głosu i z zatkanym nosem) ja także nie czułam szybko upływających godzin!

Zdjęcie: W gronie gwiazd!


Rano już nie było tak świetnie..... musiałam wstać w miarę wcześnie, ponieważ był to ten dzień, który zbliżał się już od pewnego czasu. Dzień, w którym przeba wejść do budynku MORD-u (cóż za nazwa!), aby zaliczyć w końcu państwowy egzamin teoretyczny na prawo jazdy. I chyba nie zbyt dobrym pomysłem był 3-godzinny sen, ponieważ wyszłam z wynikiem negatywnym.... Ale to nic! Była to dopiero pierwsza próba, a wszyscy moi znajomi mówią, ze najlepsi zdają za drugim, trzecim, czwartym, piątym..... razem (oczywiście ich zdanie jest zależne od tego, za którym razem oni pokonali teorię!).
Teraz pozostaje mi jedynie czekać kolejny tydzień :) Może pójdzie mi lepiej! A tymczasem, na pokrzepienie smutku najlepsze.... sushi!

Zdjęcie: I co z tego, że jest północ

To nie koniec tego dnia! Godzina 18, Galeria Kazimierz, Cinema-city. Film “Miasto44”. Film niezwykły, poruszający, z dużą dawką emocji. Film, na którym mawet nie masz ochoty jest pop-cornu, bo w ciszy wyczekujesz tego, co zaraz zobaczysz na ekranie. I jestem przekonana, że film zbierze także dużo negatywnych opinii (m.in. Przez muzykę, która nie każdy pochwali), ale ja musze stwierdzić, że jest to jeden z tych filmów (a “te” filmy można policzyć na palcach jednej ręki), który naprawdę zadziałał na moje emocje, wzruszył, wręcz wstrząsnął. Niektóre sceny nie są “ładne”, są mocne I brutalne. Ale warto wybrać się do kina, by to zobaczyć. Koniecznie.



Taki właśnie był mój dzień :) Zamiast łóżka (do którego namawiała mnie mama, żebym mogła się wygrzać i wyzdrowieć), wybrałam plan filmowy, MORD I kino.

drużynowa 33 KGZ "Leśne Duszki"
pwd. Gabriela Kongstad wędr.

sobota, 13 września 2014

Wsi spokojna, wsi wesoła...

Jakiś czas temu, kiedy czytałam posty zamieszczone przez wędrowniczki, pomyślałam sobie, że chciałabym móc umieścić jakiś fenomenalny opis mojego własnego życia. Później, niestety, okazało się, że ma to być opis dnia, do którego nie powinno dodawać się żadnych smoków, wulkanów i piratów, więc postanowiłam (a właściwie samo tak wyszło) zrobić coś maksymalnie głupiego.

A wszystko zaczęło się tak:
Po napisanym(jeszcze nie wiem czy zdanym) egzaminie z gramatyki opisowej języka polskiego, postanowiłam pojechać na tydzień do domu. Podróż przebiegła pomyślnie - z Bochni odebrali mnie rodzice i zabrali na wieś. W ciągu dnia tak właściwie nie działo się nic specjalnego. Nuda, nuda, nuda, aż do godziny 18.00 kiedy, jako dobra siostra i córka, postanowiłam pojechać odebrać mojego młodszego brata z chóru. Wpakowałam się do samochodu, ustawiłam lusterka, włączyłam światła, wrzuciłam jedynkę i pojechałam. Nie wiem nawet czy przejechałam 50 m, kiedy na mojej drodze(polnej) pojawił się wielki i bardzo zły TRAKTOR!(prawie jak smok, prawda?). Był czerwony, ubłocony i z wykręconym kołem. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie czarny pies, który dokładnie w tym samym momencie postanowił popełnić samobójstwo pod kołami mojego samochodu... Z dwojga złego wybrałam spotkanie z traktorem, czego skutki odczuwam do dzisiaj. Samochód roztrzaskany, rodzice-powiedzmy-średnio zadowoleni i szkło na drodze. Na całe szczęście pies żywy i traktor cały! No ale wracając do brata...
Po tym małym spotkaniu, odebrałam Jaśka i w miarę szczęśliwie wróciliśmy do domu. Oczywiście przyszli wszyscy sąsiedzi, żeby podziwiać nasz "nowy" samochód.

Chciałam o tym opowiedzieć już wczoraj, ale wtedy pisanie szło mi gorzej niż zwykle(a nigdy nie było ono moją mocną stroną), więc wzięłam się za to dopiero teraz. Odłożyłam to z kolei na wieczór, ponieważ wcześniej zaliczyłam rodzinny obiad i porządki. Dopiero dzisiaj, tak naprawdę, doceniłam zupełnie spokojne dni na mojej małej wsi.

Polecam!
Zosia Merecik,
drużynowa 3KGZ "Słoneczna Łąka"

czwartek, 11 września 2014

Wielka Niespodzianka

https://www.youtube.com/watch?v=BgEDYxWvCfM


Właśnie ta piosenka z samego rana powitałam Ola w jej domu. Z pięknym ciastem i wybuchającą świeczką zawitałam z życzeniami.Wszystko to dlatego iż ja zaczynam studia germanistyki a Ola wyjeżdża na studia do Wiednia, wiec jeżyk niemiecki jest naszym nieodłącznym elementem spotkań.
Żadnej niespodzianki nie było bo młodszy brat Oli wszystko wygadał i kazał jej wcześnie wstać aby nie wyglądała brzydko gdy przyjdą przyjaciele w odwiedziny, mimo to Chmielota była szczęśliwa a mi udało się uszczęśliwić kolejna osobę. 

Jak to zawsze bywa cały dzień już toczył się wokół jej urodzin. Wraz z jej klasą zorganizowaliśmy małą niespodziankę. W wielkiej konspiracji kazałam jej pojawić się o 19 ;10 pod bagatelą i nie narzekać. 
Zanim jednak  cała niespodzianka nastąpiła, Syla jak to syla musiała odwiedzić między 15-17 swojego ukochanego instruktora pana Szymona i pojeździć troszeczkę po mieście. ( I powiem wam że dziś szło mi naprawdę świetnie a Szymon był miły jak nigdy) 
Zaraz po jazdach szybciutko udałam się do domu aby zabrać prezent ( tak naprawdę część prezentu bo największa niespodzianka już została ofiarowana w Holandii- polecam własne robione prezenty to się sprawdza jak nic innego. W tym roku wyczarowałyśmy karty do gry z naszymi zdjęciami i wspomnieniami przez całe życie) 

Ale przechodząc dalej , bo sie zanudzicie czytając co robię w życiu. 
Biegnąc pod Bagatelę wskoczyłam na chmielotę od tyłu zawiązałam jej oczy i wsadziłam do tramwaju,nawet nie wiecie jak krzyczała i prosiła o litość, ale nie ma litości. Z zawiązanymi oczami jechałyśmy aż na Lubicz a później z zawiązanymi oczami na moim głosem i klaskaniem musiała iść z Lubicz na Rondo Grzegórzeckie. Trwało to chyba z godzinę a ja miałam zabawę po pachy. 
Na szczęście udało się zanim wepchnęłam ją przypadkowo w szklane drzwi i spadła z krawężnika Ola wiedziała już że to będzie super niespodzianka. 

Zaraz później znalazłyśmy się w mieszkaniu naszej koleżanki a tam wszyscy najbliżsi Oli śpiewają sto lat i dają jej milion prezentów. Kiedy tylko odwiązałam jej oczy myślałam że zabije mnie za ta podróż ona jednak powiedziała ze nigdy nie miała tak pięknych urodzin, a na dokładne na Skypie mogła pogadać z Olga naszą 3 przyjaciółka. 
Gdyby to był koniec tego dnia byłabym nieusatysfakcjonowana. Dlatego też oddając Ole w ręce jej bardzo dobrych znajomych sama opuściłam ich i uciekłam na ulice nieznaną. Tam gdzie wszystko i wszyscy byli mi znani i za którymi bardzo tęskniłam. 
Najlepsi znajomi którzy dostarczają mi tyle energii że nie nigdy nie gaśnie. Tańcząc całą noc taniec towarzyski odpadają mi palce i stóp i boli mnie kręgosłup ale uśmiech przyjaciół gdy się spotkaliśmy po wakacjach był niesamowity. 
Choć powiem wam że ciągle nie radze sobie z niektórymi krokami w tych tańcach a już długo nad nimi pracuje. 

Był to kolejny dzień z cyklu Syla uszczęśliwia ludzi a oni w zamian za to robią dokładnie to samo. Ja podarowałam mojej przyjaciółce najpiękniejsze urodziny dotychczas a moi przyjaciele podarowali mi piękny wieczór w ich towarzystwie.  

Dlatego moja rada na dziś dla was jest prosta uśmiechnijcie się jutro do przypadkowej osoby na ulicy a ja uśmiechnę się kiedyś do was;)) 

pwd Sylwia Domoń wędr ( syla ) 

Nic nie może być normalnie, bo absolutnie wszystko jest super szalone.

To jak spędzam dzień kiedy mam jeszcze trochę wakacji czyli:
  • Syla budzi się około 13 ( chyba że ma jazdy z Szymonem o 9) wtedy wstaje 8;56
  • Około 14 spotyka się z swoja przyjaciółką chmielotą na obiad 
  • 17/18 wraca do domu aby posprzątać i pobyć z rodziną 
  • 20 syla wychodzi po swoja koleżankę Justynę do pracy 

 Zupełnie nudny i bezproduktywny dzień Syli. Choć nie dziś. To prawda z samego rana o 9 miałam jazdy, jak zwykle Szymon mój instruktor spóźnił się około 15 min a później tylko mnie popędzał. Cały czas mówił " Sylwia gazu gazu co tak wolno jedyne 60 na godzinę "
Oczywiście pojechaliśmy na łuk którego absolutnie nie umiem i muszę ćwiczyć jeszcze z 100 razy. 
Zapomniałam o tym że dzień wcześniej a w sumie noc ,wróciłam od mojej przyjaciółki z Holandi więc noc w samolocie nie należała do relaksujących rzeczy, wiec byłam okropnie zmęczona prowadząc auto o 9. 
Skończyłam około 11 i tak też udałam się do mojej koleżanki z kartkami i podarunkami z podrózy. Bo jak większość z was możne wiedzieć jestem największym zbieraczem rzeczy wszelakiego rodzaju. Dlatego też z Holandi przywiozłam sobie milion zupełnie niepotrzebnych rzeczy np ( kolorową smyczka i plecak rodem na ziemniaki. 
Opowiadając wszystkim w Krakowie jak świetnie się bawiłam , nie zwróciłam uwagi która godzina wiec szybko wsiadłam na mojego pięknego białego rumaka ( mój cudny rower ) i pojechałam do domu zrobić mojej mamie obiad i rozdać kolejne prezenty. 

Wieczorem kiedy już rozdałam podarki wszystkim dla kogo były przeznaczone spotkałam się z moją ukochaną przyjaciółka chmielotą z która podziwiałyśmy wszystkich ludzi w okolicach rynku i to co lubimy najbardziej czyli wymyślałyśmy co by było gdybyśmy były aktorkami. 
Dobrze wiedziałam że Ola ( chmeilota) jutro ( 10 września ) ma swoje 19 urodziny. Wiec nie przeciągając naszego spotkania pojechałam na białym rumaku upiec jej tort marchewkowy który uwielbia najbardziej. 

Wiem wiem, ten dzień też był leniwy i cały czas tylko robiłam coś dla swojej przyjemności. No ale jak wszyscy wiemy uwielbiamy sprawiać sobie i innym małe przyjemności. Dlatego też dzień ten zaliczam do wielkiego dnia prezentów i przyjemności dla siebie i pobliskich przyjaciół. 

pwd. Sylwia Domoń wędr.( Syla ) 


poniedziałek, 8 września 2014

Podgórskie gromady poszukujące zaginionych legend..

Dzień zaczął się dość wcześnie.. Trzeba było wstać chwilę po 6, bo o 8 zbiórka pod zuchówką. Ogarnąć się szybko, wziąć co trzeba i lecieć. Na miejscu czekały na mnie już zuchy, przedstawiały się, bo były też te nowe, rozmawiały, zabawiały w kolory. Przyjechała spóźnialska Madzia, więc mogłyśmy wyruszyć na mszę do Idziego. Po drodze spotykałyśmy przeróżne osoby: miłego Pana, który zaczął nam opowiadać historię ruchu zuchowego, ZZ-t Amarany, Wilki, Anię Heilman i można  by jeszcze tak wymieniać i wymieniać..

Wzięłyśmy udział we mszy. Podczas, której Kaja ogarnęła, że nikt nie pojechał rozstawić gry..(!!!) Szybko się zorganizowałyśmy i zadania podjęła się Agata z Olgą. Po mszy w pełnym słońcu czas na chwilę odpoczynku. Każdy głodny, każdy coś. Zaradne Skrzaty piją, Zielone Bractwo je, a Puszward sam nie wie, czego chce. Wszystkie obwarzanki pokupowały, żeby humory nam nie opadły zebrałyśmy się, by zagrać w "Fryzjera". Hela coś marudziła, nie chciała się bawić.

 Kaja dzwoniła do dziewczyn, co z grą - nie odbierały, po tysięcznej próbie się udało, wyruszyłyśmy na kładkę bernatkę. Tam dowiedziałyśmy się, że z wielkiej księgi legend zaginęły strony, bez których nie będzie mogła już ich przekazywać z pokolenia, na pokolenie, zostaną one z biegiem czasu zapomniane. Dostałyśmy mapki z punktami, do których po kolei się udawałyśmy. Wykonywałyśmy różne zadania, a to układałyśmy piosenkę, a to teatrzyk, coś się dowiadywałyśmy od przechodniów, czy rozwiązywałyśmy sudoku. Za każde wykonane zadanie otrzymywałyśmy części legendy. W czasie przejść z punktu, na punkt śpiewałyśmy, znaczy zuchy beze mnie ;p.


 Po wykonaniu zadań spotkałyśmy się w Parku Bednarskiego, gdzie przedstawiałyśmy nasze teatrzyki.


Nastała już nasza godzina, gdzie musiałyśmy się zbierać, lecieliśmy pędem na tramwaj. Każda z nas wróciła z uśmiechem na twarzy. Kiedy dotarłam do domu czekały na mnie maile, za raz miała przyjechała moja siostra Lila (prawie 2 lata). Obiecałam tacie, że się nią zajmę, wtedy nie wiedziałam jeszcze na co się piszę. Brat mnie prosił, żebym Korkiem też się zajęła (druga siostra, 10 lat). Myślałam spoko, da się zrobić. Poleciałyśmy do piaskownicy, pograć w piłę, pobiegać, pozjeżdżać na zjeżdżalni, na lody, bo z "nianią" są najpyszniejsze. ;p Zawiozłyśmy Lilę do taty, trochę mu pomogłam. Podwiózł nas do domu, żeby zyskać czas. Wbiłam na maila, zjadam w końcu coś innego niż lody, odpisywałam wszystkim po kolei: rodzicom, harcerką, szkole. Oooo, szkole. Nie było mnie dwa dni (zaciąg), a tu już sprawdzian... Wypełniam dokumenty, liczę, analizuje wskaźniki, opisuję je, zajmuje się pasywami, aktywami. Zegarek piszczy, wybija pierwsza, ciężkie życie przyszłego ekonomisty się kończy, czas na zasłużony odpoczynek!

P.S. Teraz posiadamy aparat, który robi nam piękne zdjęcia, nieco więcej z gry można zobaczyć tutaj: https://drive.google.com/folderview?id=0B3Vz4zXp6FUuWU50ZXVBblJjNjA&usp=sharing zapraszamy! :)



pwd. Marta Zając wędr.
drużynowa 3 PgGZ "Zaradne Skrzaty"
Hufiec Zuchowy Kraków-Krowodrza "Tajemniczy Ogród"





piątek, 5 września 2014

Białystok+Zabrze+Sosnowiec +Kraków = 2 dni+1200 km

Ostatnio w ciągu dwóch dni musiałam odbyć podróż do Białegostoku i z powrotem a potem następnego dnia do Zabrza. A wszystko dlatego, że postanowiłam studiować poza Krakowem.
Zaczęło się pobudką o 3 rano we wtorek, na szczęście jechałam autem, ale i tak, kto normalny wstaje o takie godzinie. Przed nami ponad 500 km. Jedziemy i jedziemy, nic szczególnego się nie dzieje do czasu postoju gdzieś niedaleko Mińska Mazowieckiego. Zatrzymaliśmy się na postój. Poszłam rozprostować kości do pobliskiego lasu, a tam moim oczom ukazał się piękny i dorodny Kozak (grzyb). Posiadając wrodzony instynkt grzybiarza nie mogłam poprzestać jedynie na jednym okazie, szybko zwołałam tatę i razem udaliśmy się w las. Po 30 minutach mieliśmy już 2 pełne siatki. Uzbierać mogliśmy więcej, ale że jako jeszcze kilka godzin drogi przed nami musieliśmy kontynuować podróż. Do Białegostoku dotarliśmy ok godziny 11. Zrobiliśmy krótkie rozeznanie i podjechaliśmy pod Uniwersytet Medyczny w Białymstoku, który nazywa się Pałacem Branickich i rzeczywiście wygląda jak pałac! Z tyłu znajduje się piękny ogród! Aż żal  opuszczać taką piękną uczelnię!



Naszą uwagę zwrócił protest rolników z Podlasia, który miał też miejsce tego dnia. Pod Urząd miasta, który znajdował się niedaleko zjechało się wiele rolników  w przeróżnych maszynach. Ich celem chyba było również utrudnienie oddychania ludziom, ponieważ zwieźli coś, co tak przeraźliwie śmierdziało! Tak czy siak, mieli chwytliwe hasła demonstracyjne


  No ale trzeba było już wyjeżdżać, ponieważ wszystkie ważne dokumenty zabrane. Opuściliśmy Białystok ok. 14 i na 22 dopiero byliśmy w domu, bardzo zmęczeni. Ale to nie koniec, bo następnego dnia z rana wyruszyłam w kolejną podróż tym razem do Zabrza. Jest pięknie, nie ma korków, jedziemy autostradą. Mogłoby tak zostać gdyby nie obraz jaki nam się ukazał - wszędzie jakieś wysokie budowle, pomniki górników, odpadające tynki, szaro i buro. Piękny Białystok zamieniłam właśnie na coś takiego tylko dlatego, że bliżej do domu i znajomych.  Po odnalezieniu dziekanatu wydziału lekarsko-dentystycznego oddałam wszystkie dokumenty. Potem udałam się zapoznać z"dzielnią", przeraził mnie fakt spędzenia tam 5 lat. Ale myślę, że nie będzie tak żle, bo w sumie i tak nie będę miała czasu aby robić coś poza nauką. No ale nie byłabym sobą gdybym po drodze wracając do Krakowa nie wstąpiła do Fashion Outlet, który znajdował się w Sosnowcu. Oniemiałam gdy tam weszłam, wszystko skojarzyło mi się z ulicą Pokątną i Harrym Potterem.


Żeby sobie w końcu odpocząć i rozprostować kości zaraz po powrocie ze Sląska udałam się na odprawę szczepu. No i koniec opowieści :P

Małgorzata Boligłowa
drużynowa 13 KGZ "Gromady Libuszy"

wtorek, 2 września 2014


Wiele osób, które już dawno skończyły szkołę twierdzi, że 1. września wzbudza w nich mnóstwo wspomnień i żałują, że nie mogą tego dnia w biało - granatowym stroju galowym udać się na rozpoczęcie roku. Ja chyba ten etap już zamknęłam i udałam się dalej bez większych sentymentów :) Niemniej jednak w drodze do pracy spotkałam mnóstwo uczniów ewidentnie udających się na szkolne uroczystości. Niech jednak będzie od początku.
Rano udało mi się wstać w miarę sprawnie i wyjść z domu, żeby przebiec moją standardową trasę, która świetnie sprawdza się rano - z domu do ul. Armii Krajowej Młynówką Królewską.

01

Tego dnia chyba nie byłam w najlepszej formie, bo czas, w którym pokonałam ten dystans był kiepski. W miarę szybko więc wykąpałam się, zjadłam śniadanie, odpisałam na kilka maili i ruszyłam do pracy. Kilka godzin (na szczęście już nie 8 jak w poprzednim miesiącu) spędziłam na nieskomplikowanych pomiarach fizykochemicznych. Po pracy trochę zestresowana wybrałam się do ulubionego sklepu papierniczego zuchmistrzyń w Księgarni Naukowej, żeby kupić prezent urodzinowy dla siostry. Sklep był przepełniony rodzicami z dziećmi wybierającymi okładki zeszytów, piórniki, kupującymi nowe pióra, bo "stare już cieknie". Najgorszy dzień jaki mogłam wybrać na kupowanie prezentu w takim sklepie! Niemniej jednak po 30 minutach przeciskania się między ludźmi i telefonicznych konsultacji z bratem wybraliśmy srebrne pióro, które Agata jutro dostanie z okazji urodzin. W drodze na wydział spotkałam mojego brata i zaczęłam żałować kasy, którą wydałam na rozmowę z nim - mógł przyjść 10 min. wcześniej i sporo bym zaoszczędziła. Trochę chyba za mało zastanawiam się nad korzystaniem z telefonu, robię to bardzo bezrefleksyjnie. Dostaję jakiegoś smsa z czymś ważnym to oddzwaniam, dostaję maila z czymś ważnym to dzwonię, a potem myślę sobie, że to może nie było aż tak pilne? Niemniej jednak wróciliśmy do księgarni, żeby kupić drugą część prezentu - kalendarz. Potem idąc w dół Krupniczą dotarłam do Wydziału Chemii gdzie nie było kompletnie nikogo, poza grupką ludzi z I roku, którzy zdawali jakieś zaliczenie i panami remontującymi pracownie. Niemniej jednak biblioteka była już otwarta, więc wpadłam pożyczyć "Elementy krystalografii chemicznej i fizycznej", bo jeszcze to mnie czeka w tym tygodniu. Po powrocie do domu nie było zbyt wiele czasu, bo musiałam szybko ogarnąć się i jechać na mianowania. W miarę sprawnie spakowałam prezenty dla nowomianowanych przewodniczek, przebrałam się w mundur i pojechałam w miejsce, z którego wyjeżdżałyśmy na kolonię. Tam czekały już na mnie trzy podgórskie drużynowe, które chwile wcześniej tworzyły grę dla zuchów na rozpoczęcie roku harcerskiego. Zgarnęłam Martę do samochodu, a zaraz potem dołączyła do nas Syla, podekscytowana tym, że będzie mogła patrzeć jak zmieniam biegi. Dojechałyśmy do Fortu dosyć wcześnie i wzięłyśmy udział w super ognisku o ostatnich 10 latach naszej chorągwi. Po części przygotowanej przez Olę i Olgę odbyły się mianowanie naszych nowych przewodniczek: Marty Zając i Zosi Merecik, a także dwóch bliskich memu sercu zuchmistrzyń ze Skarżyska: Agaty Świątek i Ady Filipek. Razem z ekipą z hufca i zuchmistrzyniami, które przebyły 150 km, żeby dotrzeć na mianowania wróciłyśmy z ogniska ściśnięte w mikrosamochodzie, który część z Was zna z kolonii w Pisarzowej. Zaskoczona ilością nieodebranych połączeń (15) i wiadomości (8) zaczęłam po kolei oddzwaniać do koleżanek ze studiów, które nie miały jak zanieść zaświadczenia lekarskiego na uczelnię, instruktorek z Wichrów, które w nerwach siedziały na wyborach szczepowego, mojego narzeczonego, który zostawił gdzieś swoje buty do biegania, a w niedzielę startuje w triathlonie i  Zuzy Radziszewskiej, która nie mogła uwierzyć, że może już być drużynową. Po ostatnim telefonie Agi, ogarnęłam jeszcze kilka rozdziałów z faz krystalicznych i to byłoby na tyle tego dnia. Specjalne pozdrowienia dla wszystkich, którzy tego dnia do mnie dzwonili i nie odebrałam :)

phm. Karolina Kapica HR
hufcowa Hufca Zuchowego Kraków - Krowodrza "Tajemniczy Ogród"