czwartek, 20 marca 2014

Ze Śląska...

Macie też czasem tak, że budząc się rano jedyne o czym myślicie, to za ile godzin możecie położyć się znowu? Budzik dzwoni po raz któryś, a Wy wtulając głowę w poduszkę marzycie tylko o tym, żeby nigdy nie musieć wstawać? Otóż mi zdarza sie to - czasami. Podobnie było wczoraj.
Wstałam wcześnie idąc niewyspana na angielski, który trwał 1,5 h, było nudno... No i tak cały dzień się ciągnie nieubłaganie i wolno, snuję więc czarne wizje dotyczące wszystkiego co się wydarzyło, wydarza się lub co możliwe, że wydarzy się kiedyś. Nie potrzebuję dużo zastanawiania, żeby znaleźć 20 minusów wielu sytuacji i prowadzić rozmowę narzekając na każdy z nich po kolei. Zdaje się, że to czasem przynosi ulgę. Ale znamy lepszy sposób.

Mieszkam 3 min od uczelni, dzięki czemu wczoraj wstałam o 7.35 mając na 8! Padał deszcz, ale było stosunkowo ciepło, co pozwoliło na ubranie wiosennych butów. Później spotkałam moją grupę – "18". Chodzenie na zajęcia ma ten niezwykły plus, że spotykam tam ludzi z mojej grupy, którzy są naprawdę fajni! Jesteśmy z różnych stron Polski; od Radomia, Kielc, Krakowa, przez Bieszczady po Częstochowę i Katowice nareszcie.
Katowice - zanim tu przyjechałam po raz pierwszy kojarzyły mi sie tylko z węglem i szarymi budynkami, teraz, hmmm... Wiosna zrobiła swoje i jest naprawdę przepięknie!
Pierwsze chyba, co mnie udarzyło – to śląska gwara. Jest świetna! Polecam przyjechać i posłuchać jak ślązacy zaciągają pytania oraz dowiedzieć się co to jest gruba i szychta, kiedy je się kreple i na jakie okazje wkłada się ancug. Najlepiej samemu tu przyjechać i popytać ślązaków, bo chociaż jesteśmy dla nich goralami, to zawsze znajdą dla nas miłe słowo. Szczególnie serdecznie zapraszam na zieloną Ligotę! (kiedy juz uda się Wam odnaleźć znaczenia tych słów, możecie wpisać je w komentarzach ;))
Widok z 9 piętra akademiku

W przerwie między nauką histologii, razem z Asią 100, stworzyłyśmy kartkę urodzinową dla naszej koleżanki. :)

Zdjęcie szkiełka histologicznego - grasica młoda "serduszko"

Później nadszedł czas na seminarium z anatomii. Spotkaliśmy sie na nim w budynku, który powstał ze starej pralni, a aktualnie świeci się i błyszczy od tabliczek z napisem "Współfnansowane ze Środków UE". Myślę, że matamorfoza raczej temu budynkowi się przysłużyła. :) Ciekawa sprawa, ale wykład skończył się przed czasem, prowadzący widocznie zauważył, że już niecierpliwie kręcimy się na krzesłach, które głośno skrzypią przy każdym ruchu co zaewnia świetną komunikację studenci - prowadzący. Zza zasłoniętej żaluzji nareszcie wyglądnęło słońce! To ono musiała wszytkim poprawić humory.
Cóż dalej? Na obiad – zamarznięte gołąbki. Problem? I tu uśmiecha sie do nas "los", a właściwie miła koleżanka Zuza, która użycza nam swojej mikrofalówki. Obiad podano, więc siadamy i zjadamy, pyszny!

Wieczorem jeszcze przejeżdża przez zalane deszczem Katowice mój tata, który wpada na chwilkę, żeby wręczyć przepyszną czekoladę! Mniam! Teraz już ze spokoje można dokończyć naukę i położyć się spać.
 Znacie to uczucie?

Odkąd mieszkam tutaj, nie moge narzekać na nadmiar czasu. Tak jak i pewnie każda z nas.Tęsknię też za Krakowem, który odwiedzam jak najczęściej się da, a w którym zostawiłam mnóstwo bliskich mi osób. Mam przed sobą pewien cel – wiem kim chciałabym w przyszłości zostać. To na pewno on i telefon komórkowy pozwalają mi przezwyciężyć wiele trudności. Ale nie dałabym rady, gdyby nie ciągłe próby patrzenia na świat pod tym pozytywnym kątem, znajdując dobre strony wielu sytuacji. Nie zawsze się udaje, ale warto. Któraś z Was ma podobne wnioski?

PS. Ostatnio hobbistycznie zajmuję się czesaniem. Dwie fryzury na głowie Asi 100:


pwd. Joanna Strumińska wędr.
6 KDH Żar

niedziela, 16 marca 2014

Zielonym GARBUSEM


zielonym GARBUSEM


…niedzielne popołudnie… myślami biegnę do 13.03. mojego „blogowego dnia”, by móc wklepać jego szlak…

skład 5ciu studentek architektury, zgodnie z naturą zawodu spóźnionych w czasie, pół godziny po wytyczonej godzinie siedziało „upakowanych” w pięknym, zielonym garbusie, by wyruszyć na prawdziwą przygodę projektowania.

Bohaterem i świadkiem tej ekspedycji, jestem we własnej osobie ja.*

***

KRAKÓW - Zakopianka

Ułożone w harmonijkę, z powykrzywianymi głowami, suniemy naszym wozem wszystkim zapewne znaną Zakopianką. Rozpoczęło się od przebrnięcia przez korki, by potem gładko sunąć lewym pasem, żeby jednak zdążyć na czas. W końcu odstawiamy naszego zielonego Garbuska i podążamy na wyznaczone miejsce zbiórki.

ZAKOPANE – dworzec

Lista obecności, wszyscy odstawieni w Krupówkowym stylu, podążamy dumnie ugrupowaniem 100 osób, w stronę Urzędu Miasta na ważne spotkanie. Wtedy budzi się w człowieku dusza instruktorska, żeby chociaż czwórkami, żeby chociaż zauważyć innych ludzi na chodniku, żeby nie tkwić w tym beznadziejnym tłumie jak bezwładna owca, podążająca w rytmie pozostałych…, ale nie da się…

ZAKOPANE – Urząd Miasta

Sala wypełniona po brzegi, siedzimy pełni uwagi, a do naszych uszu docierają same pozytywne słowa:

„Waszym celem, młodych ludzi, jest projektowanie miasta i architektury, w zgodzie z nowoczesnym trendem rozwojowym, a jednocześnie z pamięcią o mądrej kontynuacji skłaniającej się ku regionalizmowi krytycznemu. Budowanie architektury nowoczesnej, a górskiej. Uleczając tkankę urbanistyczną miasta.” – usłyszeliśmy od wykładowcy

„Witamy w Zakopanem, bardzo nam miło, że zacne grono studentów Politechniki Krakowskiej, będzie zajmowało się projektami w naszym mieście. Ważne jest dla nas spojrzenie młodych. Dlatego, Wasze realizacje, które ukażecie na planszach konkursowych w czerwcu, będą projektami koncepcyjnymi, dla naszych architektów. Serdecznie witamy!” – v-ce Prezydent Miasta

Potem nastąpiło parę słów, o problemach urbanistycznych Zakopanego, ale szczegółów naszych działek, na których mamy postawione zadanie zaprojektowania Empiku lub Centrum rozrywki lub Muzeum lub Hotelu, nie uzyskaliśmy. Na postawione tak pytanie powstało wśród prezentujących zamieszanie.

Wyruszyliśmy, więc z mapami w teren, niczym harcerskie zastępy.

ZAKOPANE – Działka nr 1, przy ul. Nowotarskiej

Mnóstwo zdjęć, parę wskazówek, oglądanie miejsc niedostępnych ze Street View, kojarzenie miejsc z mapą, lokalizowanie budynków do wyburzenia, analiza wysokości dachów – gzymsy, kalenice, wysokości kondygnacji,…

Wszystkie zmysły wyczulone…w powietrzu unosi się piękny zapach oscypka, można się udusić, aż tak świeżym powietrzem, góry niemiłosiernie swym wyglądem kuszą i przyciągają silniej niż największy magnes, pod palcami czuć bliskość gór, w ustach oscypek, w uszach słychać jak gaworzą ze sobą górale… nie można dziwić się Tetmajerowi, że uległ urokowi miejsca i całe serce włożył w „Na Skalnym Podhalu”…eh, góry moje, wierchy moje…

ZAKOPANE – Działka nr 2, przy ul. Grunwaldzkiej

Tu już można przystopować z analizą, bo wybrałam działkę numer 1 i dalej poddawać się rozkoszy miejsca, siedząc na ławeczce, wygrzewając na słoneczku…

ach czemu, czemu nie zaplanowałyśmy sobie wypadu Tatrzańskiego na ten dzień. Choć tydzień temu podążałam szlakami tatrzańskimi, to można bez końca…, z wytęsknieniem spoglądamy na panoramę i fundujemy sobie namiastkę tych uroków, wychodząc na Gubałówkę.


Wiatr we włosach, przyspieszony rytm serca, początek górskiego uroku…, ale na autobus nam spieszno, bo w Krakowie tyleż problemów pozostało, z którymi trzeba się zmierzyć i spraw, które trzeba doglądnąć. Czar pryska! Wracamy autobusem, snując marzenia o wyprawie…jeszcze pojedziemy, jeszcze…


„…w górach jest wszystko co kocham…”


KRAKÓW – RDA

Miła niespodzianka, rozeszłyśmy się w swoich kierunkach, ale na mnie czekało miłe zakończenie – mój chłopak przyszedł mnie odebrać z dworca. Popędziliśmy razem do mojego domu, szybkie ogarniecie się po podróży, a potem zaproszenie na wspólne przyrządzanie smakowitej kolacji – wymarzony wieczór, przerywany ciągłymi telefonami z ostatecznymi ustaleniami przed warsztatami dla zastępowych, które już tuż tuż…, a więc i nowa przygoda!

*pwd. Bernadeta Birczyńska wędr. Derwana

sobota, 15 marca 2014

O tym, jak przyniosłam do domu pierwszy w życiu złoty medal ;)


Budzik? Nie ma mowy, poduszka na głowę i śpię dalej. Jest 6:30, budzik na pewno się pomylił, nie wie, że dziś jest sobota?! Niestety mój mąż bardziej wierzy budzikowi niż mi… Jego magiczne słowa „pan Janek!!!” stawiają mnie na nogi i przypominają, skąd dziś taka godzina.

Pan Janek to nasz trener. Człowiek niesamowity, w wieku mojego dziadka, całe życie poświęcił pracy z dziećmi i tańcowi. Od nieco ponad pół roku pod jego czujnym okiem stawiamy nasze pierwsze kroki na parkiecie, stając się w Krakowie czwartą parą tańca integracyjnego. Tak właśnie – integracyjnego –mój mąż porusza się na wózku inwalidzkim. Oprócz nas pan Janek trenuje jeszcze dwie inne pary (jedną z nich od dwóch tygodni ;) ) i pary integracyjne są jego oczkiem w głowie, esencją jego działalności społecznej i realizacją własnej misji zmieniania świata. I właśnie dzisiaj w szkole, w której pracuje odbywa się turniej taneczny, na którym obiecaliśmy wystąpić jako „para pokazowa”.
Zatem – wstajemy! Obowiązkowa kawa, śniadanie i inne takie tam, które trzeba zrobić, żeby wyjść z domu, zajmują nam dziś trochę dłużej niż zwykle. Niepełnosprawność mojego męża przejawia się też niesprawnością rąk, więc codziennie rano pomagam mu ubrać się, umyć zęby, zjeść śniadanie i wszystko inne. Zazwyczaj wystarcza nam półtorej godziny, ale dziś w końcu muszę się też porządnie umalować, a co! W międzyczasie okazuje się, że nie możemy zamówić taksówki do przewozu osoby niepełnosprawnej, bo najbliższa wolna będzie o 13:15. Trudno, pojedziemy autobusem. Tyle, że w soboty u nas jeździ jeden autobus na godzinę. I nagle zaczynam biegać, jak na alarmie mundurowym, bo autobus za 20 minut, a my w rozsypce…! Ale zdążamy, nawet udaje mi się wyciągnąć z głębi szafy czerwone szpilki.
Ale skąd ten deszcz??? Nie ma mowy, nie zgadzałam się na to, wiosna miała już być! Nie lubię deszczu, bo naszą alternatywą na deszcz są wielkie peleryny, które łatwo wplątują się między szprychy wózka, tak się nie da jeździć, nie mówiąc o tym, że wyglądamy wtedy jak para nielegalnych imigrantów (tak,tak, nawet kiedyś ojciec, który udzielał nam ślubu i jest naszym bliskim przyjacielem, gdy zobaczył nas z daleka, pomyślał sobie, że to jacyś strasznie biedni i potrzebujący ludzie i podszedł do nas z zamiarem dania nam pieniędzy…!). Zazwyczaj wybieramy więc moknięcie, ale kto by to lubił?

Po godzinie jesteśmy na miejscu. Głośna muzyka, mnóstwo małych dzieci, dwa razy więcej rodziców, numery na plecach, zatłoczone szatnie, przedszkolaki traktowane lakierem do włosów, cyrk na kołach, jest dobrze. W którymś momencie pan Janek wypycha nas na środek, pierwsze takty znanej melodii upewniają mnie, że tak, że to już, że mamy tańczyć! To nasz pierwszy publiczny pokaz, więc zaczynam się lekko denerwować, ale właściwie nie ma na to czasu. Mylę kroki co chwilę, ale nikt nie wie, jak miało być, więc chyba nie jest źle. Na koniec turnieju ktoś wypycha nas i drugą parę „pokazową” – Agę i Grześka – i tak jak wszystkim (!!!) uczestnikom turnieju, wiesza nam na szyi złote medale. Dziwna sprawa – turniej, konkurs, w którym wszyscy dostają złote medale. Ale cóż – w ten oto sposób także ja stałam się posiadaczką pierwszego w życiu złotego medalu.

Po turnieju dzielimy się z mężem na odrębne zespoły zadaniowe. On jedzie na spotkanie swojej partii politycznej (zdradzę Wam, że na jesieni będzie kandydował do Rady Miasta), ja do harcówki na spotkanie sztabu kwatermistrzowskiego obozu. Byłyście kiedyś w harcówce w czerwonych szpilkach 10 cm? Polecam, uczucie niezapomniane ;)
Już koło 17 jestem w domu, mogę w końcu coś zjeść, w harcówce już byłam bliska zjedzenia preliminarza. Sprzątam, piorę, prasuję, odpisuję na maile, w międzyczasie dowiaduję się, że moje drużynowe zwołały na jutro alarmową radę szczepu, potem ktoś rzuca petardy pod moje okno. Cóż, urok mieszkania na parterze, kolejna konsekwencja wyborów życiowych. Telefon od męża, spotkanie przeradza się w kolację z prezydentową Kaczorowską, mąż oficjalnie zapytuje, czy może wrócić później, niż obiecał. W tym momencie zaczynam żałować, że nie zdecydowałam się z nim pójść i że nie wyprasowałam mu porządniej koszuli. Ale może prezydentowa nie zauważy ;)
Podczas konferencji wyborczej jedna z instruktorek zapytała, czy nie chciałabym napisać książki o naszym życiu, że ona ogromnie chętnie przeczytałaby coś więcej, o tym, jak to jest tak „inaczej”. Książki przez najbliższe 15 lat na pewno nie będzie, ale zdradzę Wam nasz klucz do szczęścia. Tkwi on przede wszystkim w dobrej organizacji, także życia zawodowego. Dokładnym planowaniu czasu i tego, co w nim się wydarzy. Nie raz i nie dwa zdarzało mi się rzucać wszystko i „urywać się”, bo mąż miał być sam w domu, nie mogę się dodzwonić i nie wiem co się dzieje, a na miejscu okazywało się, że spadł z wózka. Albo zrzucił telefon, a sam ma się świetnie. Trzeba na podstawowe rzeczy przeznaczyć więcej czasu, nie ma go na lenistwo czy egoizm, ale to kwestia wprawy i wewnętrznej dyscypliny. Trzeba też nauczyć się pokory i przyjmowania pomocy innych osób, trzeba przyzwyczaić do ich częstszej obecności, ale, jak już pisałam, każdy wybór ma swoje konsekwencje. Ten dobry też.
Oho, mąż wraca. Trzeba przejąć go z rąk kolegi, zrobić kolację i wszystko inne.  Zatem żegnam się z Wami, życząc Wam dobrych wyborów, zarówno w tych ważnych jak i najprostszych kwestiach, bo ja już odkryłam, że to suma naszych wyborów składa się na ludzkie szczęście.
Czuwaj!
Pwd. Grażyna Aondo – Akaa


P.S. Mąż po powrocie jeszcze w drzwiach krzyczał „Kochanie, pochwaliłem się pani Kaczorowskiej, że jesteś harcerką!!!” ;-) I od razu chce się żyć!

środa, 12 marca 2014

O niedzieli we wtorek (a w zasadzie już we środę)

Obiecałam sobie, że napiszę o mojej niedzieli. A że skompletowanie zdjęć potrzebnych do dopełnienia opisu zajęło mi niestety trochę czasu, piszę teraz. Będzie o niedzieli z pewnymi wtorkowymi naleciałościami.

Niedziela moja była nie tylko Dniem Pańskim – jak na niedzielę przystało. Był to także pierwszy dzień ewidentnej, niepodważalnej wiosny i dzień chodzenia w mundurze. Same dobre rzeczy! Zaczęła się od zbiórki z ZZ-tem Gromady Łady o zarządzaniu czasem, na którą zostałam zaproszona jako gość-organizator. Ci, którzy znają mnie nieco lepiej, wiedzą, jak ważne jest, bym dobrze orientowała się w teorii związanej z zarządzaniem czasem. Ja też to wiem, więc orientuję się. I dzięki temu mogłam się swoją wiedzą podzielić.

 W plebiscycie na zasadę zarządzania czasem, którą warto przetestować, wygrały dwie reguły: dwóch minut i dzielenia zadania na mniejsze. Zapraszam Was do testowania!

Zasada dwóch minut jest prosta. 
Brzmi mianowicie: wszystko, co możesz zrobić w czasie krótszym niż dwie minuty, zrób od razu. Czyli – zamiast kolekcjonować brudne kubki w zlewie po każdej kolejnej wypitej herbacie – umyj swój kubek od razu. Unikniesz w ten sposób nudnego i zajmującego dużo czasu zmywania sterty naczyń. To samo tyczy się ścielenia łóżka, odkładania ubrań na ich miejsce, ścierania okruszków z blatu i – tak, tak – nawet czytania i odpisywania na krótkie maile. Jeśli coś zajmuje więcej niż 2 minuty, odłóż to na czas przeznaczony na wykonanie tej czynności. Ale to, co zajmuje mniej – bez sensu jest odkładać. 

Zasada dzielenia zadań na mniejsze dotyczy większych wyzwań niż zmywanie czy czytanie maili. 
Jeśli masz do zrobienia większe zadanie – napisać plan pracy, nauczyć się na sprawdzian, przeczytać lekturę – rozbij je na mniejsze zadania. W ten sposób łatwiej będzie Ci zacząć, realizację całego przedsięwzięcia lepiej rozplanujesz sobie w czasie, a wykonanie każdego kolejnego etapu będzie Cię motywować do dalszego działania – bo będziesz widzieć swoje postępy. Jak to zrobić? W przypadku nauki do sprawdzianu, zamiast zapisywać na liście zadań do zrobienia „nauka do sprawdzianu”, zapisz na przykład: „1. Zorganizowanie notatek i uporządkowanie ich. 2. Przeczytanie pierwszego rozdziału z podręcznika. 3. Przeczytanie drugiego rozdziału. 4. Przeczytanie trzeciego rozdziału. 5. Przeczytanie notatek, podkreślenie najważniejszych treści. 5. Nauczenie się notatek. 6. Powtórka wszystkich wiadomości”. Realizację przedsięwzięcia możesz umilić sobie skreślaniem każdego kolejnego wykonanego etapu w jakiś spektakularny, miły Twemu sercu sposób – wielką czerwoną kreską, rozkosznym krzyżykiem tryumfu, chaotyczną długopisową bazgraniną itp. Cóż to jest za miłe uczucie!

Po zbiórce umiliłam sobie niedzielne wczesne popołudnie miłym, wiosennym spacerem w towarzystwie kebaba w cieście (odradzam połączenie kebaba w cieście ze spacerem w mundurze). Spacer mój skończył się w mieszkaniu, kebab (w większości) skończył w żołądku. W mieszkaniu zastali mnie moi najmilsi współlokatorzy, którzy z okazji wiosny spożywali wspólnie niedzielnego śledzika na naszym prywatnym kawałku dachu. Nie przyłączywszy się do nich, jęłam dopracowywać drugą w tym pięknym dniu zbiórkę.


Druga w tym pięknym dniu zbiórka była zbiórką Kręgu Zielonej Beczki działającego w Orlim Gnieździe. Zaczęła się od harcu dla przybocznych. Ich zadaniem było zrobienie wspólnego zdjęcia w jak najwyższym miejscu.


Jeśli jesteście ciekawe, co jeszcze działo się na zbiórce – zostańcie przybocznymi w Orlim Gnieździe. Nie ma innej drogi. Tym niemniej zapraszam Was najserdeczniej!

Po zbiórce rozeszłyśmy się każda w swoją stronę. Trzem z nas nie przeszkodziło to jednak w tym, by po pewnym czasie spotkać się znów w jednym miejscu – na mszy. Po niej to, wciąż w mundurze, spacerem udałam się do domu, planując pieczenie muffinów na pożegnalny poniedziałek w miłej mej, byłej już, pracy. Choć plany, jak to plany, uległy pewnym modyfikacjom, muffiny szczęśliwie powstały. Według przepisu mojego współlokatora Pawła, który serdecznie, kończąc już moją opowieść, Wam polecam.

Przepis uniwersalny na muffiny wszelkiego rodzaju
- 2 szklanki mąki
- 1 szklanka mleka, jogurtu lub innego nabiału konsystencji płynnej (lub choćby płynnawej)
- 0,5 szklanki tłuszczu
- 2 jaja
- 1 łyżka proszku do pieczenia
- to, co jeszcze chcecie, by stało się zawartością muffinów (w moim przypadku było to kakao i pokruszona czekolada biała słodka i brązowa gorzka)

Suche składniki wymieszać razem, mokre razem, a potem jedne z drugimi.
Piec w temperaturze 180 st. około 15-cie minut.

 phm. Emilia Sygulska HR

środa, 5 marca 2014

Takie tam 1000 lat temu...

Ognisko? Nie tylko harcerskie.
Miecz i topór? Nie tylko w książce do historii.
Szycie? Niekoniecznie na maszynie.

Przekonałam się o tym dzięki urokliwemu hobby, któremu oddaję się od ponad 3 lat - rekonstrukcji wczesnośredniowiecznej. Na czym to polega? Trochę na takich przeniesieniu się w dawne czasy, poznawaniu dawnych obyczajów i odtwarzaniu kultury minionych dni. Drużyna, do której należę zajmuje się rekonstrukcją w okresie VIII - XI wieku na terenach domniemanego państwa Wiślan, Wielkich Moraw, Rusi oraz Skandynawii. Ja jestem Wiślanką ;) (to nie był łatwy wybór! - "bycie" Wikingiem brzmi kusząco, lecz w końcu zwyciężył wewnętrzny patriotyzm). Żeby robić to dobrze, z głową i mieć z tego tytułu mnóstwo radości, w moim grafiku nie brak szeregu specyficznych aktywności.

Treningi

Walczę mieczem, co sprowadza się do tego, że jestem wojem (NIE rycerzem!!!!). Na treningach uczymy się nowych technik i doskonalimy stare, pojedynkujemy się, ćwiczymy szyki (czyli, hmmm, takie ćwiczenia grupowe – coś jak wtedy, gdy w harcerstwie zbieramy się w szeregu i wykonujemy komendy). Walczymy różnymi broniami, tj. toporami, mieczami, włóczniami, oszczepami, a to jeszcze nie wszystko. W sumie to główny powód, dla którego dołączyłam do mojej drużyny – nic nie poradzę na to, iż uwielbiam wysiłek fizyczny, średniowiecze i… no po prostu walka z mieczem to czadowa sprawa! ^^

Seminaria

Cóż, działalność w drużynie to nie tylko „stukanie się żelazem po głowach”, ale poszerzanie swojej wiedzy historycznej. Co prawda każdy z nas rozwija się pod kątem naukowym indywidualnie, lecz organizowane są również seminaria, na których dzielimy się zdobytymi informacjami. Dzięki temu poznałam lepiej historię swojego kraju, usłyszałam co nie co o miłosnych przepisach naszych przodków, przekonałam się jakie piękne przedmioty znaleziono niedawno podczas wykopalisk w Bodzi (na zdjęciu kaptorga http://pl.wikipedia.org/wiki/Kaptorga) oraz usłyszałam treści skandynawskich legend.

Wyjazdy historyczne

To imprezy, na których wskakuje się w dawne ciuchy, ozdabia często nie spotykaną dzisiaj biżuterią, rozbija obozowisko, rozpala ogień, nad którym wisi kociołek (zwykle) pełen kaszy (nigdy ziemniaków, ziemniaki są niehistoryczne). Tutaj żyjemy odrobinę jak wczesnośredniowieczni ludzie – nowoczesność niemile widziana (oprócz turystów, którzy nas odwiedzają)! To też okazja, by nauczyć się od innych drużyn czegoś nowego. W Krakowie też organizowana jest impreza historyczna! Jest to tradycyjna, krakowska Rękawka – już teraz zapraszam: 22 kwietnia pod Kopcem Krakusa 

Rzemiosło

Dotknęłam różnych dziedzin. Zdecydowanie wyćwiczyłam się w szyciu (ubrań, namiotów, odzienia ochronnego – do wyboru, do koloru; aha, i koniecznie ręcznie!), zdarzyło mi się zrobić rękawicę bojową, skórzaną pochwę na miecz, tarczę, wypleść krajkę (na zdjęciu; tak wygląda pierwowzór naszych instruktorskich krajek J), uszyć buty, utwardzać skórę woskiem pszczelim… To niesamowite jak hobby może poszerzyć horyzonty.



To wszystko, co napisałam to tylko esencja tego, czym się zajmuję. Jednak konkluzją jest fakt, iż stanowi to sposób na poznanie dziejów naszych słowiańskich przodków i zwrócenie uwagi na to, że historia jest naprawdę ważna dla młodych ludzi. Dobra, koniec tego pisania, dzisiaj szyłam sobie nową kieckę, a teraz pora cisnąć pompeczki przed treningiem.

Dobromiła

PS: Oczywiście, gdyby nie odtwórstwo, nie miałabym najcudowniejszych zaręczyn na świecie! W klimacie topienia Marzanny (bóstwo słowiańskie symbolizujące zimę), śniegu i dawnych obrzędów (chlebek to fantastyczna niespodzianka od drużynników).


niedziela, 2 marca 2014

And the Oscar goes to…

Opowiem Wam o filmowej przygodzie kilku harcerek. Jeśli nigdy nie miałyście okazji brać udziału w kręceniu profesjonalnego filmu – musicie koniecznie nadrobić to przy najbliższej  okazji. Dlaczego piszę o tym teraz, mimo że cała akcja działa się podczas wakacji? Bo właśnie tej zimy, 14 grudnia odbyła się oficjalna premiera efektu naszej przygody z TVP.
Wszystko zaczęło się od paru, dorosłych już harcerzy z otoczenia Stowarzyszenia Szarych Szeregów. Jeden z nich napisał scenariusz, drugi zajął się reżyserią, trzeci  stanął przed kamerą jako narrator, czwarty zorganizował piątego, szóstego, siódmego...

Więc dzwonię do mojej imienniczki, wędrowniczki ze stażem 1 miesiąc: „Słuchaj Aga, może chcesz zagrać w filmie? Dzisiaj o 7 rano w Rabce. Ubieraj się, za 10 minut przyjedzie po Ciebie samochód. Musisz mi uwierzyć na słowo że ci ludzie w środku to harcerze”.
 Sama podczas licznych, czasami przypadkowych wizyt na planie wcielałam się w sanitariuszkę, lekarkę, przechodnia i nie pamiętam w kogo jeszcze.  Mój zachwyt budziła zręczność operatora, który potrafił za pomocą kijka i skrzyni zrobić scenografię lub wyczarować odpowiednie oświetlenie dla paru sekund filmu. Widać było tę harcerską umiejętność „organizowania” w odpowiedniej chwili tego co akurat potrzebne.
W efekcie tych wszystkich zabiegów w listopadzie dostałam do ręki zaproszenie do Muzeum Armii Krajowej.

W takich chwilach człowiek czuje się jak celebry ta. Osiemdziesięcioletnie dziewczyny ściskają Was i całują, dziewięćdziesięcioletni chłopcy proszą Was o rękę. Życie na szczycie i tysiąc słoni.

Z innej beczki. Byłyście kiedyś na Clothing Swap Party? 
Rewelacja, uwierzcie. Oprócz tego, że ma enigmatycznie brzmiącą nazwę, która na pewno ma jakiś bardziej swojski odpowiednik w języku polskim, to można pozbyć się  torby ubrań a wrócić z dwiema.

pwd. Agnieszka Musiałowicz wędr.
Hufiec Wędrowniczek Kraków