poniedziałek, 27 października 2014

Spotkanie z katem i z domieszką elegancji.

Nie lubię, nie muszę rano wstawać. Chyba, że świecie słoneczko i śpiewają ptaki. Dziś jest ponuro i mgła. Do mojego planu dnia pasuje idealnie. Zawodowo zajmuję się tworzeniem całości z wielu części. Moja imienniczka z pracy powtarza od ponad dwudziestu lat, że sprzedajemy marzenia. Ja upieram się, że to fragment życia człowieka. Do celu, bo to rejon Bramy Floriańskiej, mam 20 minut. Spotykam się z katem!? Urocze miejsce- lochy, piwnica, klimacik, że hej! Następny mój cel to: dzwonki za konających, łańcuchy kościelne, zegar- a na nim sentencja ”Dni nasze są niby cień na ziemi i nie ma żadnego przedłużenia”. Dalej: narzędzia tortur, Madonna od zarazy i światło, kuny, Kaplica Złoczyńców. Może dorzucę jeszcze Białą Dama spacerującą po krużgankach w ciemności, Rękę Prawdy, Lustro Twardowskiego, koguta i pająka. Czas na kawkę i zmianę klimatu. Lubię to miejsce, bo w bramie często wita mnie kot. Kot ma na imię Hipolit. Jest żywy, aby nie było wątpliwości i mieszka w starej krakowskiej kamienicy. Ma tu dużo gości, pewnie polubił też kawę. Jest zimno. Mała czarna dobrze mi zrobi. Prasówka i zmiana kierunku. Będzie elegancko. Kapelusze- rzecz niezwykła. Kiedyś nieodzowny element garderoby, bez którego żadna dama nie wychodziła z domu. Byłam w tym miejscu, ale potrzebuję ciekawych opisów i materiałów. Spotkanie jest nieformalne- bo dzisiaj tu się nie wchodzi. Dama z przełomu XIX i XX wieku- ile potrzebowała czasu, aby wyjść modnie ubrana na Rynek? Strój odzwierciedlał status społeczny, światopogląd, wiek i stan cywilny.
Bez kapelusza ani rusz. Inny na wieczór, do teatru, na spacer i oczywiście zależny od pór roku. Dużo tajemnic kryje moje miasto. Jeszcze informacje płynące z rynku, element ryzyka, konstruowanie produktu, preferencje turysty, metody, narzędzia sprzedażowe. To nudniejsza część mojej pracy tego dnia. Ja najbardziej lubię wychodzić na pole.…

hm Kinga Adamusik HR
Przewodnicząca Kapituły stopnia HR


Kapelusz nr 1, rok 1910



 Kapelusz nr 2, rok 1910

Sen jest dla słabych

Jak mówi chłopak mojej siostry ,,sen jest dla słabych”. Czyli o wtorku we czwartek.
Długo zbierałam się do  opisania swojego dnia. Wreszcie się udało.
Jest wtorek 21.10. Budzę się o 3:55. Podnoszę głowę, parzę na okno- ciemno, brzydko. Nie wstaje. Po chwili jednak przypominam sobie, że dziś jest ten dzień, do którego przygotowywałam się od dawna. Ostatnie 2 tygodnie były bardzo intensywne. Dziś audyt SGS zintegrowanych systemów BHP i OŚ, sprawdzają zgodność norm OHSAS 18001 i ISO 14001. Strasznie brzmi, prawda? O 4:20 wygrzebuje się z łóżka. Dnia poprzedniego, a tak naprawdę jakoś około północy postanowiłam, że skoro audyt zaczyna się o 8;00, to pojawie się w pracy o 6:00,  aby dokończyć tematy, których nie udało się zamknąć w poniedziałek. Na szczęście przygotowałam sobie ubrania przed spaniem. Muszę się jakoś ładniej ubrać i uczesać, bo w końcu przyjedzie dwóch ważniaków w garniturach. O 5:15 jestem już w autobusie i podążam do Skawiny. O tej godzinie, licząc dwie przesiadki, jadę jakieś 40 minut. Normalnie ponad godzinę, a w godzinach szczytu nawet 1,5- 2 h. Dojeżdżam do Skawiny. Jest ok. 6:00. Biedronka, którą codziennie mijam jest dopiero czynna od 7:00, więc muszę się dziś obejść bez soku. Jako, że firma w której pracuje,  rozbudowuje się na potęgę, muszę przejść przez klaustrofobiczny tunel między dwoma placami budów.  Jestem jedną z trzech osób w biurze. Od razu biorę się do pracy. A tak, o tym jeszcze nie wspomniałam. Odbywam staż w dziale prawnym, BHP i OŚ w Valeo w Skawinie. Miał to być tylko staż na wakacje… Pracuję już tam od sierpnia 2013r. Lubię swoją pracę. Mam świetnych przełożonych. Nie dadzą mi krzywdy zrobić. I to chyba ze względu na nich tak dobrze mi się tam pracuję i jakoś daję radę godzić to ze studiami. Wracając do wcześniejszego wątku. Chodzę po biurze z zawrotną prędkością. Jest mi nawet trochę głupio i zastanawiam się jakim muszę być pociesznym widokiem o 6:00 rano we wtorek. Czas nieubłaganie mija. O 7:30 przychodzi Bogusia, moja bezpośrednia przełożona. Szybka wymiana informacji i dalej do pracy. No i ładnie… 8:00 spotkanie rozpoczynające audyt, a ja mam jeszcze tyle pracy, że się nie wyrobie.( Jest taka zasada, że na każde takie spotkanie są zapraszani managerowie, osoby odpowiedzialne za dany dział, który będzie audytowany i Dyrektor.)  Nie poszłam. Cóż zrobić. Może innym razem. Znowu biegnę do drukarki, aby odebrać potrzebny mi dokument. I nagle słyszę bardzo donośny głos Dyrektora ,,Agata, dlaczego nie było Cię na spotkaniu otwierającym. Najważniejszej osoby!” Dosłownie zrobiłam się czerwona, nie wiedziałam co odpowiedzieć. ,,Bo ja mam jeszcze strasznie dużo pracy”- próbowałam się wytłumaczyć z niewinnym wyrazem twarzy, totalnie wybita z rytmu. I po prostu pobiegłam dalej, zamiast się zatrzymać. Co za wstyd. Po tym tekście można wywnioskować, że jestem jakąś szychą. Nie, nic bardziej mylnego. Po prostu przed audytem wysłałam masę e-maili do całego Zakładu w związku z wizytacją. Plus, to ja wysyłałam zaproszenie w imieniu Wojtka- managera naszego działu- na spotkanie otwierające. I nie przyszłam na spotkanie, którego byłam organizatorem. Zabawne. Mimo wszystko miło było usłyszeć taki tekst z ust Dyrektora. Chyba mnie lubi, bo na innych krzyczy, a na mnie nie. Specyficzna osoba. Tak, jest się czym chwalić.
Szybki obchód po Zakładzie z audytorami. Wiecie jak miło się robi człowiekowi, jak audytor sprawdza daną rzecz, dokument i nie ma się do czego przyczepić? Widziałam jak Wojtek patrzył z rozbawieniem na moją dumną minę.
Audyt leci powoli. Wykręcam się od siedzenia w jednej sali konferencyjnej ze wszystkimi i wracam do biurka. Tam mogę jeszcze trochę popracować.
Jest 13:00, wybieramy się na lunch.  Czas szybko mija. Jest 14:00, zbieram się na zajęcia. ( Jedną z niewielu rzeczy, która podoba mi się w organizacji prawa na UJ, to to, że można samemu wybrać sobie przedmioty i ustalić plan zajęć). Jeszcze przed wyjściem udaje mi się wykręcić z kolacji biznesowej z audytorami. Zajęcia do późna, spotkanie z hufcową.  Ciężko byłoby pogodzić wszystko. Pójść na zajęcia, spotkać się z Gosią, jeszcze w międzyczasie wrócić do domu, przebrać się i polecieć na kolację. Poza tym oprócz dobrego jedzenia nie ma nic specjalnego w takich kolacjach.
Czeka mnie godzinna podróż w MPK, tym razem tylko z  jedną  przesiadką na Czerwonych Makach. Nauczyłam się wykorzystywać swój czas do granic możliwości. Mam taką zasadę, że jadąc do pracy czytam  książkę, a wracając z niej uczę się na zajęcia. Często udaje mi się przeczytać w komunikacji miejskiej jedną książkę na tydzień.
Wreszcie docieram na ćwiczenia z Prawa pracy. O wiele przyjemniej uczy się o czymś, o czym ma się jakieś pojęcie. Dzięki mojej pracy mam teraz pewien komfort. Później czekają mnie ćwiczenia z Prawa Prywatnego Międzynarodowego. Strasznie lubię ten przedmiot, może dlatego że prowadzący jest konkretny i rzeczowy. O 19:00 umówiłam się z moją hufcową Gosią Porębską w cafe Magia przy Placu Mariackim. Wreszcie pojawia się Gosia, zaczyna się dluuuuga rozmowa. Wyciągnęłam nawet kalendarz, aby notować sobie najważniejsze rzeczy. Po 21:00 zbieramy się do domu. Idąc z przystanku do domu dzwonie do najbardziej wyrozumiałej osoby w moim zabieganym życiu. Jednak po 3 minutach rozmowy muszę zrezygnować z rozmowy z Tomkiem, bo trzęsę się z zimna i nie jestem w stanie normalnie mówić.
Na Płaszów docieram  ok. 21:40. W domu panuję totalna cisza. Wszyscy śpią. Tak to jest jak ma się młodsze rodzeństwo. Jestem już trochę zmęczona po całym dniu, ale musze odpisać na kilka harcerskich e-maili, dodatkowo czeka mnie nauka na prawniczy francuski. Nie wiem dlaczego, ale wymarzyłam sobie, że kiedyś będę pracować w Ambasadzie francuskiej. Z tego co pamiętam już wieku 6 lat wymarzyłam sobie prawo. Zawsze podobało mi się jak dziadek siedział w kancelarii, jeździł na sprawy lub wieczorami siedział nad stertą papierów. Dziś marzy mi się ambasada. Dlatego też za rok zamierzam zapisać się do Szkoły Prawa Francuskiego.
Jest już strasznie późno. Wreszcie znajduję czas, aby oddzwonić do Tomka. Daje mi się wygadać, podzielić emocjami z całego audytu. Natomiast ja muszę wysłuchać kilku mądrych zdań na temat tego, że powinnam więcej o siebie dbać i więcej spać. A ja niestety za każdym razem odpowiadam, że nie potrafię i nie mogę sobie na to pozwolić, bo po  prostu na obecną chwilę się nie da. Rozmowa pochłonęła trochę czasu. Jest już 1:00, a to oznacza, że zostało mi 4 godziny na sen. Jutro druga część audytu. Biorę szybki prysznic, wskakuje do łóżka. Cudowne uczucie, kiedy wreszcie można chwilę odpocząć.  Nawet nie wiem kiedy zasnęłam.
Ciekawostka: ostatnio czytałam na temat urządzenia, którego twórcami są polscy studenci. Jest to specjalna elektroniczna maska, która sprawia, że zamiast 7 godzin snu może nam wystarczyć zaledwie 2-3 godziny.
,, W jaki sposób działa urządzenie? W obudowie umieszczono specjalistyczne układy, które analizują fale mózgowe, ruchy gałek ocznych, ruchy mięśni twarzy i inne dane. Te przesyłane są bezprzewodowo do smartfona. Na tej podstawie specjalne oprogramowanie tworzy swego rodzaju mapę naszego snu. Zadaniem maski jest zmiana naszego snu z "monocyklicznego" na "policykliczny". W pierwszym przypadku do osiągnięcia fazy REM (w której nasz mózg się regeneruje) potrzebujemy nawet 90 min. W przypadku snu polifazowego fazę REM osiągamy niemal natychmiast.(…) Maska spełnia też jeszcze jedną funkcję znaną z wielu aplikacji na smartfony - obudzi nas w odpowiedniej fazie snu - wtedy kiedy wyjdziemy z fazy REM. Jak wiadomo moment wybudzenia ma kluczowe znaczenie dla naszego samopoczucia - wybudzenie z głębokiego snu może skończyć się poczuciem niewyspania, rozbicia. Najlepiej dla naszego organizmu jest budzić się kiedy sen jest płytki. NeuroOn pomoże nam włączając alarm w odpowiednim momencie.”
Od tego momentu zapragnęłam to mieć!



pwd. Agata Andrzejewska HR
drużynowa 28 KDH Buki

piątek, 24 października 2014

Trzeba wykorzystać każdą sekundę mówili!

Najgorzej. 6.20 dzwoni już budzik, a ja dopiero co poszłam spać. No i nic trzeba się wygrzebać z ciepłego łóżka i zdobywać świat. Zmierzam do absolutnie zimniutkiej kuchni, która nie jest ogrzewana – uroki mieszkania w kamienicy, robię owsiankę z bananem i czarną kawę i dwie kanapki na cały dzień, taka moja codzienna śniadaniowa rutyna. Pakuje wszystko co potrzeba na zajęcia i nie tylko- jest tego sporo. Wyruszam z domu z tym całym taborem – torebka z materiałami na zajęcia, siatka z butami i fartuchem do szpitala i siatka z mundurem harcerskim. Czyje się jakby był środek nocy, jest ciemno, w dodatku uliczne latarnie nadal zapalone. Jestem w tramwaju o 7.10 dostaje pocieszającego smsa od naszego kapelana Rafała, że on też już na nogach i zaraz będzie odprawiał mszę. Dobrze, że nie tylko ja musiałam wstać tak wcześnie, szkoda tylko że dostaje kolejną wiadomość, pisze, że jak skończy to idzie zaraz z powrotem spać ehh. Jestem już w szpitalu na Prokocimiu, nasza grupa już w całości, czas rozpoczynać zajęcia z medycyny ratunkowej, tym razem w wersji pediatrycznej. Wiemy już gdzie iść jest dobrze, odnajdujemy magiczną sale seminaryjną L3-13. Sala jest maleńka 4 metry na 5 metrów, miejsc siedzących może 15, na w grupie 26 osób- warunki godne, by uczyć się jak ratować dzieci. Zdążyliśmy sobie zrobić pamiątkowe zdjęcie w tej sali i listę obecności, kiedy to o 8.35 weszła pani doktor załamując się ile nas jest i oznajmiając, że przeprasza nas za to 5 min spóźnienie. My natomiast mówimy jej, że zgodnie z rozpiską zajęcia zaczynają się o 8.00 a nie o 8.35, a pan dziekan wie jak zapewnić odpowiednie warunki nauczania. Po półtora godzinnym seminarium, na którym poznaliśmy pediatryczny ALS w teorii, mamy 10 min przerwy, potem spotykamy się pod żyrafą. Ruszamy na część praktyczną z ogromną nadzieją, że miejsce do którego zdążamy zapewni nam wystarczającą przestrzeń. Niestety – nadzieja matką głupich, zostajemy podzieleni na 2 grupy sale są jeszcze mniejsze, nawet nie ma jak się obrócić. W I sali ćwiczymy intubację niemowlaków i starszych dzieci na manekinach, potem defibrylację jakimś ultra starym aparatem z darów od Ameryki- w końcu to  Polsko-Amerykański Instytut, wiec nie ma co się dziwić. Dobra defibrylator jeszcze działa, nastawiamy wyładowanie z zgodnie z zasadą 4 J / kg m.c., dzieciak waży 20 kg -> wiec wychodzi 80 J, włączamy naładowanie, wciąż wentulując pacjenta, „proszę się odsunąć – defibrylacja” i strzał, nie zaskoczył, ładujemy drugi strzał nic – nasz manekin niestety nie miał szans przeżycia, w końcu to manekin, ale może kiedyś będziemy potrafili uratować dzieciaki. W II sali ćwiczyliśmy masaże serca i oddechy w mega długich seriach. Już po wczorajszych zajęciach miałam odciski po masażu dorosłych a teraz dojdą jeszcze zakwasy w mięśniach dłoni. Koniec tego, pędzimy teraz na Łazarza, na wykład z psychiatrii, oczywiście wiemy już, że nie zdążymy być na czas, ale w drogę. Dziś tematem były zaburzenia osobowości, także cóż ja innego mogłam robić podczas wykładu, jak nie dopasowywać poszczególne zaburzenia do osób w moim otoczeniu, ale nie martwcie się do siebie też coś dopasowałam. Dobra, teraz krótka przerwa- muszę ją należycie spożytkować- lecę na Grzegórzecką do Okręgu po rachunki za obóz dla moich harcerek. Tak minęło sporo czasu od obozu a ja wciąż go nie miałam na tyle żeby to załatwić. Teraz jeszcze szybka zupa pomidorowa w Centrum Językowym CMUJ - tym razem  angielski. Od tego roku zmieniła nam się prowadząca i jest fatalnie, generalnie cofamy się w rozwoju, a ona pomimo swojego rosyjskiego akcentu poprawia wciąż naszą wymowę. Dobrze chociaż, że połowę zajęć my prowadzimy, także z kamicę nerkową znamy już na wylot. Po zajęciach poszłam z koleżanka do prowadzącego Koła Naukowego z Anestezjologii na dyżur, żeby się coś dowiedzieć, jak mamy się zabrać do pisania pracy naukowej z oddechów agonalnych i CPR. Będzie ciężko póki co, mamy zbierać dane z SOR-ów, Centr Ratowniczych i Oddziałów Anestezjologii i Intensywnej Terapii. Lecę dalej jeszcze mam w planie zwizytować zbiórkę druhny z kursu zastępowych. Całkiem nieźle jej poszło, choć trochę chaosu też było, w końcu harcerki są szalone i nieprzewidywalne. Rozwiązywałyśmy  między innymi zagadki logiczne. Już za niedługo będę mogła wrócić do domu, ale jeszcze podsumowanie zbiórki z zastępową i wypełnienie arkusza. Prawie jest 20.00 jeszcze tylko wstąpię do taty, ponoć ma dla mnie jakieś pierogi, mniam, mniam. Tata jak to tata, powitał mnie stałym tekstem, że marnieje i chudnę w oczach, więc stwierdziłam, że zrobię mu tą przyjemność i zjem obiad, w sumie to trochę zdążyłam zgłodnieć. Czas wracać do siebie, ciągle w głowię miałam pisanie tego bloga. A tuż po rozpoczęciu pisania rozlała mi się kawa na książki. Ale to nie koniec na dziś, jak już skończę ten post to zabieram się za naukę trzeba trochę ruszyć do przodu z farmakologią i coś się przygotować na medycynę ratunkową, bo jutro ponoć mamy zajęcia z surowym doktorem, który wyzywa od debili. Na całe szczęście jutro nie trzeba jechać na Prokocim z rana, bo tym razem ratunkową mamy na Kopernika – wiec można dłużej spać, ale ta wycieczka mnie nie ominie bo popołudniu będzie pierwsze spotkanie Koła Naukowego Kardiologii Dziecięcej właśnie tam. Czyli jeszcze trzeba przeżyć jutrzejszy dzień, szybko zregenerować siły, bo w sobotę się bawimy na półmetku w Folwarku Zalesie.
 Dobrej nocy wszystkim!


drużynowa 33 KDH „Ognisko wśród skał” im. Emilii Plater
pwd. Joanna Bugajska
studentka IV roku kierunku lekarskiego

A to nasze warunki nauczania J
Ale spokojnie na Prokocimiu już powstają nowiutkie budynki dydaktyczne, skoda tylko, że my nie doczekamy ich komfortu podczas zajęć.

czwartek, 23 października 2014

Byle do następnej kawy

Jesień. Za oknem wita mnie ten kolor szarości, który jednoznacznie wskazuje, że słońca dziś nie będzie. Zwlekam się więc z łóżka nadludzkim wysiłkiem i udaję się na dół, w celu zrobienia pierwszej kawy. Do tej czynności mam podejście prawie rytualne: 3 łyżki ziaren trafiają do młynka, po zmieleniu przez określoną ilość sekund lądują w kawiarce. W tym czasie przeglądam harcerskie maile: znowu trzeba zwizytować jakąś zbiórkę, ktoś pyta o szczegóły dotyczące biwaku, inna druhna zgubiła zadania na stopień. Kawa się zaparzyła, więc przelewam ją do ulubionego kubka w szare pixele, dolewam odrobinę mleka i popijam, głaszcząc kota, który w międzyczasie zjawił się na moich kolanach.
 Godzinę później jestem już na kampusie UJ-tu, w ostatnim momencie wbiegam na wykład z algorytmów i struktur danych. Już po kilku minutach tego żałuję, jak żartują studenci, litera A w skrócie ASD powinna oznaczać anegdoty. Prowadzący raz po raz wraca do czasów kiedy był młodym i genialnym programistą dawno zapomnianych języków, dopiero po upłynięciu połowy czasu przypomina sobie o temacie zajęć. Maciek po prawej stronie przysypia, Maciek po lewej już dawno zaczął w coś grać. Tak, wszyscy moi koledzy mają tak samo na imię.
 Kawa numer dwa: sypana z wydziałowej stołówki. Siadamy z Maćkiem przy stoliku, zakładając, że prowadzący ćwiczenia i tak się spóźni. Faktycznie, kiedy wchodzimy do sali 10 minut później, nadal go nie ma. Zaczynam kodować zadanie dotyczące algorytmu Forda-Bellmana.
 Wyobraźcie sobie, że w muzeum pod Rynkiem zapanowała gospodarka wolnorynkowa i za wstęp do każdej sali trzeba zapłacić osobno. Chcemy wejść do muzeum, obejrzeć konkretną wystawę w sali o podanych współrzędnych, a następnie wyjść, za całą tą przyjemność płacąc jak najmniej. Naszym zadaniem jest napisanie programu, który oblicza najtańszą drogę przejścia, wyświetla jej cenę oraz przez jakie konkretne sale trzeba przejść. Łatwizna - po półtorej godziny program działa.
 Następny punkt programu? Wykład z matematyki dyskretnej. Niestety nie wiem jeszcze, dlaczego ten przedmiot tak się nazywa, ale nie ujmuje mu to ciekawości. Problemy logiczne, kombinatoryka, losowanie monet, kart, szufladek -> same fajne rzeczy. Ciężko mi skupić uwagę przez ponad dwie godziny wykładu, ale notuję prawie wszystko, ponieważ po krótkim okienku (kolejna kawa, moccacino z automatu) czekają mnie ćwiczenia z tego przedmiotu. Niestety bardzo liczy się na nich aktywność, więc wiem, że muszę podejść dziś do tablicy. Mam przygotowane zadanie, ale nigdy nie byłam mistrzem zapisu formalnego. Na szczęście machanie rękami i rysowanie losowych kresek pomogło przekazać to, co miałam na myśli. Po zajęciach wracam do domu (niestety nie bez przygód, wzbogaciłam się w ogromny siniak na nodze, ponieważ jakaś kobieta zahaczyła o mnie parasolem i szarpnęła tak, że przeleciałam pół tramwaju) i podgrzewam przygotowany wczoraj obiad: mac and cheese z dodatkiem dyni. Już po chwili ser przyjemnie się zapiekł i mogę w końcu coś zjeść. Do jedzenia na kampusie nadal nie mogę się przekonać, a na wyprawę do Kauflandu trochę brakowało mi czasu.
 Jeszcze tylko zapisać swoją drużynę na najlepszy termin akcji znicz (niestety Maciek nie zajmował się tym na uczelni, więc wszelkie ewentualne próby przekupstwa spełzły na niczym) i mogę coś poczytać. Dzisiaj wybór pada na kryminał Krajewskiego, idealnie wpisujący się w jesienną aurę. Dobranoc!

pwd. Julią Łucka wędr.
drużynowa 17 KDH Arboretum

środa, 22 października 2014

W poszukiwaniu codziennosci


Nigdy w zyciu nie przypuszczalam, ze ktoregos dnia bede mieszkala w akademiku. W Krakowie jest wszysto czego potrzebuje, wiec dlaczego mialabym go opuscic. Jednak stalo sie- jest poniedzialek, 20 pazdiernika, a ja otwieram oczy i patrze na umywaleczke, ktora wraz z lozkie, biurkiem, szafa i komoda stanowi wyposazenie mojego malenkiego pokoju. Z przerazeniem spogladam na telefon i odkrywam, ze znowu zapomnialam wlaczyc budzik. To oznacza, 50 min, aby sie ubrac, umyc, zjesc sniadanie I odbyc 25 min spacer do depratamentu- challenge accepted. Jakims cudem o godzinie 9 siedze w sali wykladowej i czekam az wykladowca zacznie wtlaczac mi do glowy wiedze zwiazana z matrycami i wektorami.
Dwie I pol godziny pozniej jestem z powrotem w moim pokoju. Z pewnym uczuciem zazdrosci odkrywam, ze kolega z pietra wlasnie wstal I powoli zmierza do lazienki. Szybka wymiana zdan, on pyta sie mnie jak wyklady, ja dowiaduje sie, co dzialo sie na imprezie u kolezanki wczoraj w nocy. Zostawiam rzeczy u mnie w pokoju I biegne na gore, aby przywitac sie z pozostala 10 moich nowych znajomych, ktorych rano oczywiscie nie widzialam. Pukam do kazdego pokoju, polowa z nich jest pusta (w koncu nie tylko ja mam zajecia) z pozostalych witaja mnie usmiechniete twarze.
Jest tu sporo rzeczy, do ktorych musze sie przyzwyczaic.  Przede wszystkim: nigdy nie zamykaj drzwi! Gdy tylko jestes w pokoju zostaw je otwarte, aby kazdy mogl wpasc na chwile. Tutaj kazda najmniejsza czynnosc staje sie spoleczna- wyjscie do sklepu, pranie, gotowanie- zawsze znajdzie sie ktos, kto takze musi ja wykonac, nigdy nie jestes sam.
Powoli zbliza sie czas lunchu. Zbiera sie nas spora grupka, ktora planuje isc do OKB, aby zapchac sie kanapkami i w tym stanie przetwac do kolacji. Po dwoch tygodniach wielka drewniana sala (dokladnia taka jak w Harrym Potterze), w ktorej jemy dalej napelnia mnie zachwytem. Dzis jednak korzystajac z ladnej pogody wybieramy stolik na polu przy rzeczce, po ktorej turysci plywaja gondolami. Podczas jedzenia rozmowa jak zawsze schodzi na angielksa polityke L Kiedys moze bede w stanie zabrac glos w tej dyskusji, na razie tylko siedze I slucham. 
Najedzeni wracamy do domu I udajemy sie pouczyc. Jednak, gdy w jedym miejscu mieszka 12 osob nie jest to wcale proste. Tym razem, nie zwarzajac na zasade otwartych drzwi, wyjmuje ksiazke regualmow, ktorego uzywam jako stopper I zamykam sie w moim pokoju liczac na chwile spokoju. Udalo sie J do piatej nieprzerwanie skupiam sie na nauce.
Godzine przed kolacja stawiam sobie kolejne wyzwanie: musze nareszczie zrobic pranie. Od tygodnia mu nie podolalam. Kolejne podejscie I kolejna porazka, znowu wszystkie pralki zajete. Bede musiala chyba jt wstac o 6 I moze wtedy sie uda.
Po kolacji kazdy z nas rozchodzi sie na spotanie innego stowarzyszenia. Tu jest tyle do wyboru- kazdy znajdzie cos dla siebie. Ja mam dzis w planie udac sie na MUN i wraz z 15 innymi delegatami radzic na epidemia eboli w zachodniej Afryce. Nora I Jasper ida sie wspinac. W czasie gdy Tom postanawia zobaczyc grupe komikow.
Kolo 9.30 spotykamy sie znowu w pokoju Nory, kazdy pijemy hetbate z mlekiem, jemy herbatniki (to takie angielskie :),. Nora lezy na ziemi I stara sie skupic na obrazie, ktory maluje,  kazdy narzeka ile ma pracy, ale jakos nikomu nie jest spieszno do nauki. Ja wlasnie sie aljenuje opisujac, co sie dzis zdarzylo. Mysle, ze juz pozostaniemy w takim stanie az do momentu, w ktorym bedziemy mogli pojsc spac ;P.
Powoli mysle o jutrze: w planie mam wyklady rano, moj pierwszy tutorial, pierwsza sesje squasha, a potem trening wioslarski. Wydaje mi sie, ze minie jeszcze duzo czasu zanim bede mogla opisac “zwykly” dzien. Jest tu tyle rzeczy nowych, poczawszy od codziennych czynosci, ktore sa takie inne, gdy mieszkam sie w akademiku, przez system edukacji, az po cala game zajec pozniej. Moze kiedys uda mi sie wpasc w rutyne, jednak na razie ciesze sie kazda chwila I dosiadczeniem tutaj J.


pwd. Ania Białas wędr.
drużynowa 18 KDH Dudlebowie
obecnie studentka Oxfordu

piątek, 26 września 2014

Wstawaj, szkoda dnia!

8:30...Nieco sobie dziś pofolgowałam i podarowałam trochę więcej snu. Dobra wiadomość - mój brat już wyszedł do pracy, więc nie muszę z nim walczyć o kuchnię ani łazienkę. Mama też już nie śpi – będę mogła w końcu choć trochę z nią porozmawiać. Obie się spieszymy, nie mogąc się nagadać przenosimy konwersacje do małej łazienki, gdzie razem usiłujemy się bezkolizyjnie pomalować. Niezbyt często motywuję się, żeby zrobić sobie makijaż, ale w związku z moim stażem robię jedną z głupszych rzeczy jakie kiedykolwiek przyszły mi do głowy. Otóż, aby zwalczać krzywdzące stereotypy...


...i budować pozytywny wizerunek bibliotekarzy staram się zawsze (poza oferowaniem mojej profesjonalnej pomocy w sprawach przeróżnych) ładniej wyglądać. Makijaż jest, sukienka, sweterek, szalik, czapka, kurtka...wybiegam z domu z książką w ręce. Pewnie i tak zmarznę - niestety klimatyzacja jest zepsuta i cały czas wieje chłodem. Z małymi komplikacjami i krótkim spacerem docieram do MOCAKu, jeszcze parę kroków i znajdę się w bibliotece. Witają mnie uśmiechy Oliwii i Joli oraz Roland – drugi stażysta. Ku mojej radości nie ma na razie dla mnie żadnych pilnych spraw do załatwienia, co oznacza, że mogę się zająć wybebeszaniem internetu w poszukiwaniu informacji na temat zadany mi przez kierowniczkę biblioteki przed jej wyjazdem na urlop. Niedługo wraca, więc dobrze byłoby już coś mieć... chyba wszyscy w muzeum cieszą się, że znajdę wszystko czego potrzebują, bo lubią z tego korzystać ;) Na spokojne miejsce do pracy wybieram wystawę stałą – Bibliotekę prof. Mieczysława Porębskiego, o której piszę pracę magisterską. 

http://www.mocak.pl/biblioteka-mieczyslawa-porebskiego

Właśnie wzięłam się za badanie księgozbioru, kiedy weszły dwie zwiedzające. Zawinięta w koc (tak, jeden sweter, to jednak za mało!) opowiadam im fascynujące anegdoty związane z książkami oraz obrazami profesora, wymachując przy tym rękami jak niezbyt wprawny nietoperz. Wyglądają na zadowolone. Kiedy wychodzą, udaje mi się spisać parę dedykacji (co nie jest łatwe, bo są niewyraźne i po francusku), a tu kolejni zwiedzający. Lubię oprowadzać, ale przecież „porębski” sam się nie zbada! Na szczęście popołudniu jest więcej luzu, mogę więc poświęcić się dalszym zmaganiom z francuskimi sentencjami spisanymi chyba przez samych lekarzy, sądząc z charakteru pisma. Prawdziwą nagrodą okazuje się pierwsza znaleziona przeze mnie wśród książek poważanego profesora dedykacja spisana po polsku: „Grzeczniutkiej Tereni od św. Mikołaja” :) Czas biegnie nieubłaganie, w bibliotece udaje mi się zrobić jeszcze parę rzeczy, a tu już 19:00 i trzeba biec do okręgu! Udaje mi się dotrzeć w całkiem dobrym czasie, a na miejscu spotykam mnóstwo wspaniałych osób, których się nie spodziewałam. Siadamy z Basią i Kasią, aby omówić parę ważnych spraw. Idzie nam całkiem szybko, ale i tak z okręgu wychodzę dopiero po 22:00 – w końcu ktoś musi wspierać biuro Małopolskiej Chorągwi Harcerzy. Ale i tak koniec końców udaje mi się być w domu wcześniej niż zwykle - koło 23:00 :) Biorę się do pracy i nawet nie wiem kiedy i dlaczego robię się dziwnie senna... Koniec końców zasypiam kolo 2:00.

MAMMA MIA, zaspałam! 7:00!!! Biegiem zjadam śniadanie, biorę prysznic, manatki w garść i wybiegam z domu. Punkt 8:00 zjawiam się u niespełna 1,5 rocznego Janka, któremu umilam czas podczas nieobecności Jego rodziców. Dziś jest wyjątkowy dzień – będziemy mogli razem wariować przez całe 10 godzin! Później jest już tylko coraz bardziej wyjątkowo – okazuje się, że ktoś dowiedział się w sekretariacie, iż nie otworzą mojej specjalizacji, muszę więc zdążyć złożyć podanie o przeniesienie na inną dziś do 11:00. Szybko piszemy z Jankiem podanie, na które nie sposób odmówić, po czym ubieramy się ciepło, pertraktujemy podroż wózkiem i ruszamy w drogę. Jankowi nie bardzo podoba się to, że nie może chodzić po autobusie, dlatego wymyślam coraz to nowsze rozrywki, abyśmy względnie bezstresowo przetrwali tę podróż. Po ostatniej przesiadce na szczęście zasypia, mogę więc spokojnie wydrukować papiery i przedyskutować swoją sytuację z dyrektorem instytutu. Jest zgoda na przeniesienie! Zbieramy się, już oboje przytomni i nieco mniej bezstresowi, docieramy do parku, gdzie obserwujemy pracę trzech traktorów przy koszeniu trawników. 

https://www.youtube.com/watch?v=uilwO3QWpQs

Zawsze wydaje mi się to śmieszne, że takie „widowisko” przyciąga tłumy ludzi z wózkami, którzy stoją naokoło przypatrując się całemu procesowi z namaszczeniem. Sama jednak każdorazowo w nim uczestniczę dziękując Bogu za to, że przez chwilę ktoś inny dostarcza rozrywki małemu smykowi ;) Popołudniowy plan zajęć mamy obfity. Wracamy co prawda na obiadek i dwa podwieczorki, trafia się też małe spanie, ale w międzyczasie śpiewamy, tańczymy, ratujemy świat, rysujemy i gramy w piłę. Kiedy o 18:00 wychodzę od Janka biegnę jeszcze na tramwaj i jadę na Dworcową pomóc Szymonowi w wysyłce kresowych paczek, żeby zdążył przed zamknięciem poczty. Kiedy po 20:00 kończymy jeść obiad, dopiero zaczynam odczuwać jak bardzo męczące potrafią być wycieczki na Ruczaj w uroczym towarzystwie i wszelkie inne atrakcje tego dnia. Kładę się tylko na momencik...i kiedy otwieram oczy jest już 21:30! Szymon odwozi mnie do domu – całe szczęście, bo po schodach, wciąż nie do końca przytomna wchodzę slalomem. A tu tyle jeszcze rzeczy do zrobienia! Ale jakoś tak mętnieją, bledną.. rozpływają się spłoszone równym tempem miarowego oddechu...

pwd. Anna Heilman wędr.
wicehufcowa Hufca Zuchowego Kraków - Krowodrza "Tajemniczy Ogród"

p.s. Dla wszystkich fanów ukulele ulubiony kawałek Janka-melomana: Rasputin w wykonaniu The West Cork Ukulele Orchestra

środa, 24 września 2014

Każda minuta się liczy

5:10 Pobudka
5:15 Okupacja łazienki
5:27 Ubieram się
5:30 Aneta (współlokatorka) wyłącza swój okropnie głośny budzik
5:42 Ubieram na siebie dwie warstwy swetrów
5:49 Zabieramy śniadanie z lodówki
5:50 Wychodzimy z mieszkania
5:51 Wracamy się po chleb
5:58 Zakupy świezych drożdzówek
6:03 Marzniemy na przystanku
6:07 Śniadanie w tramwaju 76 kierunek Dworcowa
6:11 Przystanek Bieżanowska
6:18 Autobus 301 kierunek Niepołomice
6:19 Czytanie Więźnia Labiryntu- nie będę Wam polecać
6:47 Przystanek Niepołomice Kościuszki
6:59 Powinien przyjechać autobus 221 kierunek Mały Płaszów
7:02 Nareszcie jest
7:09 Przystanek Niepołomice Kątek
7:10 450 metrowy spacer na miejsce
7:21 Rozgrzewajaca herbata
7:29 Przebranie się w fartuch
7:30 Rozpoczęcie praktyk studenckich
7:31 Mycie zlewek
7:58 Dalej myję zlewki
8:06 Trafił się cylinder miarowy!
8:08 Dalej myję zlewki
8:45 Myję kolbki stożkowe
9:36 Jodometryczne oznaczenie miedzi
9:47 Nastawienie roztworu zawierającego miedź na kolumnę jonitową
10:00 Śniadanie pracowników, ja siedzę na krzesełku obrotowym i się husiam
10:32 Przerwa śniadaniowa dla mnie i Anety
10:33 Gorąca herbata, chlebek, szynka, serek biały, papryka, sałata zielona
11:08 Oznaczenia kwasowości próbek
11:39 Opróżnienie suszarki na szkło laboratoryjne
11:56 Mycie pojemników na nowe próbki
12:12 Podpisanie pojemników, przygotowanie etykietek na paletopojemniki
12:31 Pobranie próbek
13:19 Pomiar pH próbki po kolumnie, oznaczenie kwasowości oraz zawartości miedzi
13:47 Umycie pozostałego szkła laboratoryjnego
14:16 Przebranie się z fartuchów
14:31 Autobus 221 kierunek Mały Płaszów
14:59 Przystanek Mały Płaszów
15:00 Tramwaj lini 70, następnie 703 i 76
15:34 Przystanek Nowosądecka
15:38 Zakupy
15:56 Nareszcie w domu
16:03 Przychodzą Asia z Krzysiem na planszówki
16:13 Smażę pierwszego naleśnika
16:17 Udaje mi się obrócić pierwszego naleśnika podrzucając go
1626 Pierwszy naleśnik ląduje na podłodze...
17:27 Wsiąść do pociągu
18:52 Cytadela
20:14 Time's up
21:12Goście wychodzą
21:18 Nastawienie zmywarki- przynajmniej w domu nie zmywamy
21:20 Bitwa o łazienkę
22:04 Nareszcie w łóżku
22:06 Spać... Zaraz zaraz, czy ja nie miałam jeszcze czegoś napisać?


pwd. Aleksandra Łuszczyńska wędr.
drużynowa 1.SGZ "Podniebna Kraina"