sobota, 28 czerwca 2014

Piątek w pasjach

Momentem kulminacyjnym całego roku pracy w szkole była wczorajsza GALA końcorowoczna, podsumowująca także 25 lecie działania Społecznej Trójki. Jest to spotkanie uczniów, rodziców, nauczycieli, absolwentów i sympatyków na spektaklu przygotowanym pod kierunkiem nauczyciela teatru przez szkolną społeczność. Występujemy na deskach Teatru Ludowego. Jest profesjonalnie i godnie. W tym roku miałam w niej podwójny udział:
1. byłam suflerem prawokulisowym na 2,5 godzinnym przedstawieniu – co było mi przeznaczone odkąd zostałam harcerką w zastępie Suflerki zza kurtyny.
2. byłam częścią piramid gimastycznych prezentowanych przez grono pedagogiczne.
Reflektory prosto w oczy, słychać okrzyki zachwytu uczniów, a ja równocześnie staram się tak wybić do stania na rękach, żeby koleżanka wuefistka złapała mnie jedną ręką. Lubię takie emocje.


tu zdjęcia z przedstawienia.

Po powrocie do domu zostałam zainspirowana do kolejnych wyzwań w zakresie giętkości i elastyczności przez dwa z trzech kotów (Miszę - Złamasa i Pirata - Czarnego), jakie ze mną mieszkają. Zatem przede mną program Wyginam śmiało ciało.



Dziś (piątek) mogłam oddać się swoim pasjom – wychowaniu dziecka, podróży i spotkaniom, jakie towarzyszą harcerstwu.
Pierwszych 5 godzin spędziłam z 17 miesięcznym Kubą. Obserwacje dzieci w reakcjach na kontakt, na nowe sytuacje, w ich komunikacji – jest czymś, co mnie fascynuje i nieustannie poszerza doświadczenia pedagogiczno-psychologiczne. Dziś rozwijaliśmy samodzielność, kontakty społeczne i umiejętność wymiany z rówieśnikami. Polem manewrów był plac zabaw.

 

Plac zabaw umożliwia też spotkania towarzyskie z moją grupą rówieśniczą - dziś akurat z Olgą. Zdarza się też z Marianną. Każdy ma to co lubi - Kuba małe koleżanki, a ja duże : )


Także tam obserwuję u siebie inne naturalne reakcje niż u pozostałych obecnych tam dorosłych. Siadam w jednym miejscu i zerkam na poczynania Kuby z dystansu. Większość rodziców i opiekunów nie oddala się od dziecka dalej niż kilka metrów. A ja czuję, że mu wtedy zabieram przestrzeń i pozbawiam ćwiczenia odwagi, zaradności i samodzielności. Jak czegoś potrzebuje to i tak przychodzi. Poza tym zupełnie nie ciekawi mnie siedzenie w piasku albo stanie pod zjeżdżalnią. Wolę poczytać Politykę.



Jednak jest w tym pewien porządek – aby zapewnić mu bezpieczeństwo, nie zniekształcam jego instynktu i nigdy nie pomagam mu wejść na nic, na co sam wejść nie umie. Wyjątkiem jest huśtawka. I czuję, że to działa. Nie spada z niczego więcej razy niż przeciętne dziecko z rodzicem nieopodal. A jak wchodzi na coś to nie prosi, żeby mu pomóc – sam decyduje czy da radę czy się boi. Trudnością jest to, że taki dystans budzi lęk u innych dorosłych i albo sami z siebie pomagają gdzieś Kubie, albo mi zwracają uwagę albo patrzą z tzw. „wyrzutem”.
Dla mnie najlepszym wyznacznikiem słuszności takiego podejścia jest sam Kuba.
Płacze jak się uderzy - co jest naturalną konsekwencją - zajmuje mu to od 6 do 20 sekund.
Ale nie płacze jak wychodzimy z placu zabaw - co czasem robią inne dzieci - zabierane z niego siłą, przekupstwem, historyjkami, nakazami i straszeniem - co jest konsekwencją zachowania ich opiekunów a nie ich samych.

Ale jak Kuba spada ze zjeżdżalni i wskutek tego płacze (albo nawet nie!) to słyszę pytania „gdzie twoja mama?” a potem spojrzenia, jak można było do tego dopuścić.



Jak dzieci płaczą w ramionach opiekunów wynoszących ich z placu zabaw to słyszę głosy pełne zrozumienia, że tak trzeba, że idziesz spać, że w domu czeka mama, że już tu więcej nie przyjdziemy i jest pełna akceptacja takich zachowań przemocowych.
I żeby nie było, ja czasem stwarzam Kubie okazje do przeżywania frustracji - ale staram się mu pokazywać zależności przyczyna- skutek i nazywać świat.
Gdy np. chce wyjść na zewnątrz, ale nie chce ubrać butów - czasem i 40 minut prowadzimy taki dialog:
-chcesz wyjść?
-chcę.
- to przynieś buty.
- nie
I tu szlocha pod drzwiami i woła, żeby go wypuścić. I od nowa.

Swoją drogą, dzięki temu zaobserwowałam rzecz, której wcześniej nie byłam świadoma.
Wiecie jak zjeżdża ze zjeżdżalni nieinstruowane 16 miesięczne dziecko, że czuje się z tym bezpiecznie?
na brzuchu - nogami w dół :D
No nic, czas weryfikuje różne moje hipotezy odnośnie wychowania. A propos placu zabaw pamiętam historyjkę z Martą, której wcześniej towarzyszyłam w rozwijaniu kompetencji sprawności ruchowej. Marta wlazła na bardzo wysoką konstrukcję z drabinek i nie potrafiła z niej sama zejść. Kwadrans ją przekonywałam, siedząc na ławce, że skoro weszła to zejdzie. Podjęła 5 prób i za piątą się wreszcie udało. Ale muszę przyznać, nie było to wcale dla niej łatwe, musiała zaufać mi na słuch, że jak się jeszcze trochę puści rękami to stopą dotknie rurki. A czuła, że jak się puści tyle, to już się sama nie podciągnie bez punktu oparcia. Wtedy najwięcej razy usłyszałam od niej „ciocia, boję się!”. Świat właśnie taki jest – jak pójdziemy dalej niż dotychczas to właśnie lęk jest tym, co nas chroni przed zagrożeniem. Uwielbiam to dzieciom przekazywać.

Kubę dziś bardzo ciekawiło rysowanie kredą. Kredę zwinął z pudełka z ławki, spróbował jak smakuje i oddał się oznaczaniu chodnika świnkami. Podobało mu się zwłaszcza oddawanie kredy i branie nowej, jak to robiły rysujące z nim dzieci. Trochę kontaktu nawiązał z dziadkiem Lili (właścicielki wózka dla lali, którego powożeniem ochotniczo Kuba się zajął) a trochę pobawił się na statku z Leną.



Popołudnie minęło mi w Intercity Mickiewicz w drodze na jutrzejszą Radę Naczelną i późniejsze spotkanie naczelnictwa.



Wieczór spędziłam w siedzibie okręgu mazowieckiego, omawiając z kadrą zlotu „Jutro Powstanie”, jakich gości chcemy zaprosić na poszczególne elementy programu zlotu. Późniejszym wieczorem gościłam w domu naszej byłej naczelniczki, Magdaleny Masiak, rozmawiając o pracy Organizacji Harcerek.

Zaś cały dzień był doświadczeniem chodzenia w innowacyjnym obuwiu. To są buty, które są uosobieniem mojej osobowości – umożliwiają pracę mięśni tak, jak pracują w naturze, w bosej stopie czyli NATURALNOŚĆ i idą w poprzek przyjętym schematom – INNOWACYJNOŚĆ.
Póki co testy wskazują, że są wygodne. Zobaczymy, jak pójdzie w górach.

 


hm. Katarzyna Bieroń
Naczelniczka Harcerek
pracuję w Zespole Szkół Społecznych nr STO
i przedpołudniami zajmuję się Kubą

czwartek, 26 czerwca 2014

Małyszowe wieści dziwnej treści



Wtorek budzi mnie kot , łazi mi już po głowie miałczy, wbija pazury chyba chce iść na pole. Rozmowa z kotem żeby jeszcze dała mi 5 minutek nie skutkuje wiec czas zwlec się z wyra. Kot wypuszczony wiec moja pierwsza myśl co dziś będę robić? Dziś podbije świat! Po zalogowaniu się na maila jednak szybko zostaje sprowadzona na ziemię i wiem że muszę ogarnąć milion rzeczy i jeszcze MBI.  No cóż podbijanie świata trzeba przełożyć na inny dzień.

Każdy wie że śniadanie to najważniejszy posiłek dnia więc ogarniam szamę, po czym ktoś trąbi mi pod domem ( często się to nie zdarza, iż mieszkam na końcu świata) wiec podążam do okna i mówię pod nosem:
- Kto mnie do czorta nawiedza o tak pogańskiej godzinie? 
( chwilę później skapuje że ups mam okno otwarte i wszystko słychać)

Wyglądam przez okno, a babeczka z uśmiechem jak ta emotka :D mówi że przyjechała kupić u mnie truskawki, wszystko byłoby spoko, tylko że ja nie sprzedaje truskawek i nawet nie mam pola z truskawkami. Po krótkiej wymianie zdań dochodzimy do wniosku ze to musi być jednak pomyłka i moja propozycja że poczeka, a ja kicne do sklepu po te truskawki też ją nie przekonuje więc grzecznie się żegnamy i każda z nas wraca do swoich czynności.

Po śniadaniu czas na sklejenie MBI. Przyznam się Wam szczerze że to dla mnie kosmiczna sprawa, nie znam się na stawianiu kropek, przecinków ( jak już pewnie po tym wpisie zauważyłyście) . Mam nadzieje że nowy desing  biuletynu wam się podoba i z chęcią go czytacie. 

Wszystko ogarnięte mogę iść na pakernie. Jest takie jedno powiedzenie, którego się trzymam : Jeśli Ci się chce iść na siłkę  idź, jeśli Ci się nie chce to biegnij. Na szczęście mi się chce wiec jadę moim Porsze :) ogólnie na początku to myślałam jak większość ludzi że na siłkę chodzą tylko bezmózgie koksy, ale mnie zaskoczyli bo niektórzy z nich znają lepiej anatomię niż nie jeden ratownik medyczny! Chodzenie tam daje mi też bezpieczeństwo na tzw. ośce ,znam  wszystkie ploteczki i wiem gdzie się nie zapuszczać  w Skotnikach.


W trakcie dzwoni do mnie ziomeczek umawiamy się na obstawę medyczną. Strasznie lubię moją pracę, niestety póki co muszę nacieszyć się tylko obstawami bez dyżurów, ale i tak jest super. W najbliższą sobotę starcie tytanów Małysz kontra Gortat . Dam wam znać czy spoko z niego człowieczek. Poniżej zdjęcia z innych obstaw :)

 
 
 
Po ćwiczeniach basen i sauna po czym można wracać do domu. Jak już wcześniej pisałam w związku z moją sklerozą muszę wszystko zapisywać co mam zrobić i tak nie udało mi się uciec od koszenia trawy, ogarniania ogródka.

Wieczorem przypominam sobie że przecież ja studiuje, a co oznacza też mam sesję wiec może czas napisać pracę na pt.  Czytanie Białej Księgi Bezpieczeństwa Narodowego nie jest moją ulubioną rzeczą, ale cóż począć jak trzeba.

Potem robię to co większość z Was lubi najbardziej czyli idę spać.

Środa przeminęła mi pod znakiem Zarządu Okręgu Małopolskiego ZHR.  Tym razem walczyliśmy na wyjeździe bo u samej druhny Przewodniczącej.  Jeśli myślicie, że ZO zajmuje się jedzeniem ciastek za Wasze składki to jesteście w dużym błędzie. Podjęliśmy wczoraj uchwały o Rzeczniku Prasowym okręgu oraz koordynatorze ŚDM.  Już niebawem dowiecie się sami kto to. Nie obyło się bez burzliwych dyskusji, na szczęście moje ciasto upieczone rękami Stawiary rozładowało atmosferę.  Po kilkugodzinnych dyskusjach grzecznie rozchodzimy się do domów, prowadząc debaty w podgrupach (pozdro Sękowa).


 
Tyle ode mnie
pozdro dla wszystkich 
ludków kolorowych  

 


 phm. Magdalena Drabik HR
po prostu Wasza Małysz




wtorek, 24 czerwca 2014

Erazmusowy dzień w Brukseli

Poniedziałek, 28. czerwca 2014, Bruksela


Dzisiejszy dzień miał się zacząć o 7:30, kiedy to po raz pierwszy miał zadzwonić mój budzik. Tymczasem pierwsza pobudka nastąpiła już półtorej godziny wcześniej. O godzinie 6:00 za moimi oknami Panowie robotnicy przeprowadzający remont ulicy postanowili powiercić dziury młotem pneumatycznym. Nie mam pojęcia dlaczego zachcieli robić to akurat w poniedziałek z samego rana – zwłaszcza, że taka godzina w Brukseli to jeszcze środek nocy. Większe ilości ludzi na ulicach zaczynają pojawiać się dopiero około 8:00, gdyż mało kto zaczyna w Belgii pracę przed tą godziną. Nie pomogło zamknięcie okna ani ściągnięcie nocnej lampki ze stolika (która wprawiona w drgania obijała się o ścianę). Około 7:00 poddałam się i stwierdziłam, że ta pobudka to znak, że czas wstać wcześniej i dokończyć czytanie artykułu na temat Computing on-demand, na który nie starczyło mi już sił wczorajszego wieczoru.

Kalendarz :-)
Gdy wyszłam z łazienki po porannych rytuałach moja współlokatorka Zuza odhaczała właśnie kolejny dzień na wykonanym przez nią kalendarzu, wiszącym na naszej lodówce. I tak ze statystyk Zuzy, które prowadzi już od dwóch miesięcy, wynika że: do ostatniego egzaminu, czyli upragnionego końca sesji, pozostało nam 5 dni, do powrotu do Polski 11, a w sumie jest to mój 123 dzień pobytu na Erasmusie w Brukseli.


Część materiałów na egzamin
Około 9:00 wyruszyłyśmy w kierunku VUB (Vrije Univeristet Brussel) by przed egzaminem z Information System Strategy & Management  wydrukować jeszcze brakujące materiały.  To już czwarty nasz egzamin na tej uczelni, jednak pierwszy ustny w formule open-book. Metoda ta polega na tym, że po wejściu na egzamin dostaje się dwa pytania. Czas na przygotowanie do odpowiedzi to godzina, podczas której można korzystać ze wszystkich przyniesionych ze sobą materiałów (wykluczając urządzenia elektroniczne), do ostatecznej odpowiedzi podchodzi się już z jedną kartką własnych notatek i trzeba przez 5 min odpowiadać na zadany temat. Proste? Nie do końca J Materiał z tego przedmiotu i pytania dotyczą przede wszystkim zrozumienia omawianych zagadnień, czego bez wcześniejszej lektury artykułów, raczej nie da się osiągnąć podczas godziny przygotowań.


Bardzo zielony teren
kampusu VUB w kwietniu 
Około pół godziny po południu zaczęłam walkę o swoje 60% oceny z tego przedmiotu (pozostałe 40% zdobywaliśmy już wcześniej robiąc grupowy projekt). Musiałam rozpoznać dwa wykresy i o nich opowiedzieć. Jeden dotyczył systemu COBIT (Control Objectives for Information and related Technology) i jego nawiązania do zagadnień Business/IT alignment. W drugim pytaniu miałam omówić macierz IT Portfolio Risk – opisującą zależność wielkości realizowanych projektów z korzyściami jakie mogą przynieść i ryzykiem jakie ze sobą niosą.  Po minie Profesora ciężko było określić czy moje odpowiedzi są wystarczające, gdyż do wszystkich studentów tak samo sympatycznie się uśmiechał ;) Oficjalne wyniki dopiero za dwa tygodnie.

Gdy wracałam do domu czułam wielką ulgę, że już większość egzaminów za mną. Postanowiłyśmy z Zuzą zrobić sobie małą nagrodę, którą dziś stanowiły lody ze speculoosem – belgijską odmianą piernika, który występuje w większości słodkich belgijskich przysmaków (gofry ze speculosem, krem do kanapek,  tiramisu, czekolada itd.).



W domu włączył mi się tryb nadrabiania zaległości po trzech dniach nierobienia nic innego niż siedzenie nad książkami. Posprzątałam w szafce, umyłam podłogę i usiadłam do komputera. Za nim zaczęłam odpowiadać na maile harcerskie obejrzałam wykład na temat 8 źródeł radości https://www.youtube.com/watch?v=837dpjuqsPM.  Później wzięłam się za poprawianie zadań kursantkom Kursu Metodyki Harcerek Ekwinokcjum 2014 oraz zadzwoniłam do taty z życzeniami w Dniu Ojca.

Potem wpadły Juliette i Veronika – moje kuzynki, sąsiadki, które mieszkają w Belgii od urodzenia, ale ich mama jest Polką. Dziewczyny mają już wakacje dlatego tylko czekają, kiedy nie będziemy się uczyć i będą mogły do nas wpadać. Dziś zrobiłyśmy razem budyń i zagrałyśmy w Znaj Znak – dla nich, które polskiej historii uczą się tylko w sobotniej szkole polskiej to naprawdę wartościowa rozrywka.


Wieczorem (który w Belgii jest przedłużony bo ściemniać zaczyna się grubo po 22) jeszcze krótkie rozgrywki w kosza na Drogenbosie. Drogenbos to wioska pod Brukselą (ale według definicji mojego taty, który odległość mierzy tym czy dojeżdża gdzieś tramwaj, i tak blisko centrum) pena urokliwych zakątków jak sosnowy las czy park ze stawem, w którym żaby wygrywają nocą przepiękne koncerty. Po powrocie do domu zajrzałam do notatek z Global Banking – przedmiotu z którego czeka mnie w sobotę ostatni egzamin ustny (tym razem close-bookL) i stwierdziłam, że bliżej przyjrzę im się dopiero jutro ;).


Przed snem jeszcze rozmowa na Skajpie z Olą, która zdała mi między innymi relacje z rozpoczynającego się właśnie w Skawinie Tygodnia Teatralnego, w którym nie mogę uczestniczyć ani jako widz, ani jako aktor, pierwszy raz od zapoczątkowania tradycji tego wydarzenia – czyli 11 lat.
Jeśli ktoś byłby zainteresowany udziałem to zapraszam: http://www.ckis.pl/nuda-nic-sie-nie-dzieje-umrzec-mozna-niewatpliwie-takie-slowa-uslyszymy-podczas-xi-skawinskego-tygodnia-teatralnego--dlaczego--sprawdzmy-sami,81,1517,start.html

Na zakończenie dnia przyszedł czas na lekturę Ewangelii przyporządkowanej dzisiejszej dacie (to mój nowy codzienny rytuał – polecam nie tylko do realizacji kolejnych stopni) Z dzisiejszego komentarza do najbardziej spodobało mi się stwierdzenie, że współczesny świat potrzebuje bardziej świętych niż reformatorów (to tak apropo wytykania innym drzazgi w ich oczach, a nie dostrzegania belki we własnym).


 
Zachód słońca w jednym z moich ulubionych
miejsc w Brukseli - przy panoramie miasta na Luise
I znów dzień kończę grubo po północy, mam tylko nadzieję, że Panowie robotnicy jutro rano będą bardziej łaskawi… 






phm. Barbara Mioduszewska HR

Hufcowa Hufca Harcerek Kraków-Podgórze,
Studentka IV roku MSG na UEK, aktualnie na półrocznym Erasmusie w Brukseli

sobota, 21 czerwca 2014

Długi piątek zamiast długiego weekendu


Budzik wcześnie – drzemki co 5 minut – chwilę biję się z myślami, czy nie przyjść dziś do pracy wcześniej, ale nie – skoro niektórzy mają długi weekend, to ja pozwolę sobie na spokojny poranek.  6.56 wyskakuję z łóżka, a do pracy w takim idę dziś na 9. W roli śniadania 3 naleśniki z jabłkami, które wczoraj dała mi babcia. Prysznic – soczewki – zęby – włosy w ręcznik – można jeszcze na chwilę siąść na łóżku i poczytać książkę, która wciągnęła mnie od wczoraj. „Stanisław Bareja. Król krzywego zwierciadła” – biografia króla polskiej komedii autorstwa Macieja Replewicza zawiera sporo anegdot, ciekawostek dotyczących filmów, informacji historycznych i zdjęć. Zatapiam się w lekturze… Ups, chyba czas wyjść! Książka na cały dzień zostaje na łóżku.


7.55 – z biblioteczki rodziców porywam kryminał Agathy Christie, lecę zrobić się na bóstwo – oczywiście łazienka jak zawsze zakrzywia czasoprzestrzeń, wchodzę na minutę, a tu 8.11. Pocieszam się, że długi weekend to mały ruch. I mało tramwajów. I remonty też nie takie uciążliwe. Tylko jaki mamy dziś rozkład? No tak, sobotni, 52 będzie jechało o 8.30. Powinnam zdążyć. Będę miała 25 minut na poczytanie o tajemniczym morderstwie na polu golfowym.

8.58 – siadam przy biurku, wyciągam z szafek teczki i segregatory, którymi będę dzisiaj się zajmować. Pracuję przy administrowaniu ubezpieczeniami dla klienta niemieckiego. W korpo, na wielkim open space J dzisiaj zamiast szumu setek głosów słyszę pojedyncze rozmowy tych, którzy nie korzystają ze święta. Atmosfera jest luźna, ale postanawiam z niej skorzystać dopiero, gdy wykonam zadania na dzisiaj. Wysłać listy do klientów – napisać maile – wgrać dane do systemu – sprawdzić maile odebrane – uzupełnić arkusze w Excelu  - klasyczne, biurowe  zajęcia. Przerywane, gdy ludzie podchodzą korzystać ze znajdującej się za moimi plecami drukarki. Jeden z kolegów postanawia uciąć sobie przy okazji pogawędkę na temat planów weekendowych, która kończy się rozważaniami na temat krakowskich kopców i zdolności naszych przodków do tworzenia wielkich budowli, które wytrzymują walkę z niszczącym je czasem. Bo nie wiem, czy wiecie, ale z krakowskich kopców najwięcej problemów sprawiają te, które zostały wybudowane niedawno – osuwają się. Słowianom zamieszkującym tereny obecnego Podgórza lepiej wychodziło stawianie ziemnych kopców.

13.20 – w przerwie ustalam z panią z PKP, kto może odebrać bilety na wyjazd na obóz.

17.00 – wychodzę z biurowca. Po drodze mija mnie elektryczny autobus. Z WIEDNIA! :)

Udaję się na ulicę Długą. Na początku sierpnia moja przyjaciółka z dzieciństwa bierze ślub, a ja nie mam na niego sukienki! Teoretycznie mam mniej niż godzinę do zamknięcia sklepów, ale przez ten czas mierzę aż 4 kiecki. Już widzę, że znalezienie takiej, która będzie mi odpowiadała, będzie długie. Nic to, mam jeszcze miesiąc! Ale jeśli ktoś może polecić mi miejsce, gdzie można kupić ładne sukienki w stylu lat 60. w sensownej cenie, to chętnie przygarnę namiary :) Długa to interesująca ulica – można tam znaleźć wiele sklepów, dziwnych małych barów, lokali usługowych, ale przede wszystkim jest tam chyba najwięcej w Krakowie miejsc związanych ze ślubami. Niektóre dosyć dziwne:



A ta tablica wywołała uśmiech na mojej twarzy:



18:07 – na Basztowej LOT tramwaj będzie dopiero za 18 minut (sobotni rozkład!), toteż decyduję się pójść przez Rynek pod Pocztę, po drodze wstępując na lody na róg Sławkowskiej i św. Tomasza – wraca wspomnienie z dzieciństwa, gdy zabierał mnie tam dziadzio! Przechodzę przez Rynek (zaskoczenie, skończyli remontować kamienicę po Empiku, logo Zary już widnieje na fasadzie!) plac Mariacki, a na Małym Rynku wita mnie masa straganów oraz występująca na scenie pani w stroju ludowym.  Pani ma gadane, gwarą barwnie opowiada dowcipne anegdotki, zebrani pod sceną zanoszą się śmiechem, a gdy mówczyni przerywa, sięgając po coś do picia, nagradzają ją gromkimi brawami.

18.28 – no proszę, spotkałam się z tramwajem pod Pocztą Główną :) przez 23 minuty drogi na Ruczaj dowiaduję się, kto zabił.

18.55 – powrót do domu – maile – książki – szydełko – blogi – ale może warto sobie przypomnieć, że jednak jest sesja? Dobra, najpierw dodziergam do narzuty te 2 kwadraty, które leżą na stoliku. Już mniej-więcej 245/300 elementów za mną, narzuciłam sobie dodawanie jednego kwadratu dziennie, w tym tempie został mi jakiś miesiąc-półtora do końca.
Narzuta, podgórska torba, podgórski kubek i kawałek szydełkowej serwetki :)

21.06 otwieram zdjęcia z gazet, na podstawie których ma powstać moja praca zaliczeniowa na temat procesu kurii krakowskiej. Mały problem ze zdjęciami – gazety z lat 50. mają format powyżej A3, drukowany do tego malutkimi literkami. Artykuły są pocięte na kilka części i to raczej nie idących z biegiem tekstu :) w przerwie telefon od rodziców z relacją z wycieczki.  Udaje mi się przeczytać kilka dni relacji z procesu na łamach „Dziennika Polskiego” i posegregować zdjęcia w folderze, co wbrew pozorom jest bardzo istotne – najgorzej, gdy szukasz jednego artykułu w 300 jednakowo wyglądających na miniaturze obrazach!

23.26 postanawiam pójść spać – dwugodzinna drzemka przed kolejnym punktem dnia… Albo raczej płynne przejście z piątku w sobotę :) udaje mi się wstać o 2.15. Szybki prysznic na start soboty i udaję się (okrężną drogą, bo muszę zgarnąć z centrum Sękową) na kopiec Krakusa. Po drodze wstępujemy z Kasią do czynnych sklepów aby zdobyć coś do picia.

Stowarzyszenie PODGÓRZE.PL już po raz dwunasty organizuje wspólne witanie słońca na początek najdłuższego dnia w roku. Wychodzimy na wierzchołek, na którym razem z nami znajduje się co najmniej 50 innych osób (w tym Ania Hajduk z rodziną! Co za miła niespodzianka!), rozkładamy kocyk, otwieramy parasol i zwrócone twarzami w kierunku wschodnim wypatrujemy, które ze światełek jest tym właściwym. Oczekiwanie na wschód (który powinien mieć miejsce dokładnie nad kopcem Wandy) umilają tybetańskie gongi. Zmieniające się światło, podnosząca się mgła i zanikające latarnie tworzą naprawdę niesamowitą atmosferę oczekiwania i spokoju. A jak pięknie wyglądają wyłaniające się z mgły krakowskie kościoły i Wawel! Za rok KONIECZNIE biorę ze sobą porządny aparat.

Niestety, słońce ukryło się za chmurami, więc symboliczne odliczanie i powitanie go brawami nastąpiło już po faktycznym wschodzie. Na pamiątkę każda z nas dostała okolicznościowy certyfikat.

Powrót do domu, herbata na rozgrzanie… Jest godzina 6.35, czas rozpocząć długą sobotę! To będzie dobry weekend!

pwd. Aleksandra Mróz HR
zawód wykonywany – asystent ds. administracji ubezpieczeń, zawód zdobywany – historyk
wicehufcowa
Hufiec Harcerek Kraków-Podgórze

piątek, 20 czerwca 2014

...

Nie wiadomo od czego zacząć… Może od czegoś co w ostatnim czasie zdominowało moje życie, czyli nauki. Jest środek sesji  i jestem zestresowana, niewyspana i mega nie ogarniam :P Ostatnie 3 dni poświeciłam całkowicie anatomii, w ramach dni powtórkowych siedzieliśmy w prosektorium 4h dziennie. Może to wszystko przez formalinę… :D  Ale na szczęście codzienne zaciąganie się nią przez ostatnie dni poskutkowało, bo dzisiaj zdałam szpilki!! (praktyczny z anatomii) Strasznie się cieszę, ale niestety ulgi nie ma za wiele, bo już w poniedziałek czeka mnie sto razy gorsza teoria, więc nikt nawet nie myśli o świętowaniu zaliczenia tylko wszyscy wracają do domu i kują dalej ;)
Na dodatek całkiem niedawno zainstalowałam sobie Spotify na komputerze, i uzależniłam się od muzyki. Pierwsze co robię po powrocie do domu to włączam muzykę. Nawet ucząc się muszę mieć w tle jakiś grający smęt. A jak puszcze coś szybszego to od razu zaczynam nucić, bujać się i od razu się rozpraszam ;P ale i tak to robię! A co w tym najbardziej lubię? Odkrywać nowe wspaniałe piosenki, które na jakąś chwilę stają się moimi ulubionymi a za chwile zastępują je inne, Jeśli ktoś ma coś nieznanego godnego polecenia to chętnie przygarnę ;) A to kilka ostatnio ulubionych ode mnie:

Wczoraj kończąc naukę o 1 w nocy niemądrze weszłam na filmweba i czego się dowiedziałam? Za 5 min zaczyna się film Twin Peaks. Film , nie serial. Kiedyś próbowałam oglądać serial ale strasznie mi się zacinał na komputerze i zostawiłam to, ale nadal i wciąż czułam że to coś co muszę obejrzeć. Niezbyt roztropnie włączyłam telewizor no i zarwałam trochę nocy (nie na anatomie niestety :P) Wspominam o tym bo nadal jak sobie nucę piosenkę bujając się nad książką, to w tym całym rozproszeniu gdy przestaje się skupiać zaczynam myśleć o tym filmie, bo… był .. nie wiem jak go określić.. wyjątkowy? Niesamowity. Naprawdę warty obejrzenia polecam. Chociaż z drugiej strony żałuje bo chyba teraz oglądanie nie ma sensu bo znam całą tą tajemnicę Laury Palmer. A tak na marginesie-nie wiedziałam że na TVP Kultura lecą takie hity. Naprawde codziennie dobre filmy. To zaczyna być mój ulubiony kanał :D

W ogóle! W tym tygodniu na UEku był organizowany taneczny event-Dance Wave. Ostatnio zakochałam się w nowym stylu tanecznym-reggeatonie i właśnie na takie warsztaty chciałam pójść, ale stało się coś niespodziewanego dla mnie :D Na tyle jestem zestresowana egzaminami że każde wyjście z domu  to dla mnie wyrzuty sumienia. Reggeaton poszedł więc w odstawkę a ja siedziałam z nosem w książkach ;) - Dla fanatyków tańca <3 https://www.facebook.com/DanceWaveUEK/photos/a.865079933508395.1073741828.206457766037285/865079980175057/?type=1&theaterhttps://www.youtube.com/watch?v=4gKKqmw_XP8)

Dzisiejszy dzień zaliczam raczej do udanych tym bardziej że byłam świadkiem wspaniałomyślności rzadko spotykanej w Krakowie- biegliśmy ze znajomymi na tramwaj po egzaminie żeby nie czekać 20 min na kolejne 24. A tramwaj mimo że zaczął odjeżdżać, zatrzymał się o otworzył drzwi. Taka przyziemna rzecz a cieszy. Tak samo jak gdy mijający się tramwajarze lub autobusiarze machają do siebie! To przeurocze J

Chciałabym na koniec pozdrawić z  tego miejsca Dagę, Obdzię i Dorkę, Czakutę Olę i Paca, Witczyna i Wałka za sesyjne zmagania, Bartuzi która znalazła mój telefon(<3), Were ulubionego hipstera, Małysza słuchającą codziennie moich jęków, Anie S. wprowadzającą mnie w kangurową dokumentacje (z dedykacją równie często :D https://www.youtube.com/watch?v=w5tWYmIOWGk ) no i oczywiście całą Groteskę, szczególnie Sowy :*

Ewa Makieła

Drużynowa Groteski 15

czwartek, 12 czerwca 2014

Do dwóch razy sztuka


W moim życiu nigdy nic nie idzie łatwo. Przecież doskonale o tym wiem, a mimo to ciągle o tym zapominam. Kiedy wczoraj okropnie zmęczona postawiłam kropkę na końcu ostatniego zdania mojego wpisu wszystko zniknęło gdzieś między ctrl V a Crtrl C.
Emocje po wczorajszej stracie już mi opadły zatem podchodzę do zadania kolejny raz i mam nadzieję, że ostatni :)
Środa jak kiedyś powiedziała mi Kasia Rydel to taka mała sobota, wówczas mnie nie przekonała, gdyż sobota w moim życiu nie różni się niczym od pozostałym 5 dni tygodnia.
Ostatnimi czasy jednak środa była lżejsza, była dniem wolnym po pracy. Wczorajsza środa (nie)stety się wyłamała. Rano idąc do pracy pomyślałam sobie, że to będzie dobry dzień wszak mam nową piękną biała torebkę! A jak wiemy nowe buty czy nowa torebka to gwarancja dobrego nastroju:)
W Kangurze dzień jak co dzień czyli przebijanie się przez dokumentacje projektu dzień... kolejny. W gratisie na obiad kotlet z kaszy, sok z marchwi na koszuli i folia bąbelkowa na odstresowanie:)
Żeby nie tracić czasu na przemieszczanie się preferuje ostatnio spotkania za rogiem czyli u Frani ( to bardzo ułatwia sprawę szczególnie w takie dni kiedy jestem umówiona "na jutro", a  jutro okazuje się u mnie innym dniem niż u normalnych ludzi. Pozdrawiam w tym miejscu Malwinę i Huberta:)
Dlatego wczorajsze popołudnie i wieczór spędziłam właśnie u Frani. Na dobry początek ploteczki przy lemoniadzie z Agatą :) Później odbyłyśmy z Kasią spotkanie z cyklu " ze Szczepowymi" i wczoraj był czas Szarej 7. Dowiedziałyśmy się wielu ciekawych rzeczy o tym środowisku:) Nie wszystko mogę zdradzić, ale mają czym pływać i  jak na Szarą 7 przystało mają 7 harcówek :) Maja też mądrego Sczepowego, który chętnie wesprze Zarząd Okręgu w przeprowadzaniu windykacji. Jeśli macie coś na sumieniu, nie zdziwcie się jak któregoś dnia Wiewiór zapuka do Waszych drzwi ;) Na koniec dnia powróciliśmy z Kasia i Maćkiem do tematu arkuszy wizytacyjnych. W drodze do domu parę rozmów telefonicznych, a w domu obrażony pozostawiony sam sobie na 15 godzin Ignacy. Dobrze, że kot to przekupne stworzenie dlatego dobrą kolacją i drapaniem za uszkiem można szybko znowu sie wkupić w jego łaski:)
Przed snem jeszcze jedna służbowa rozmowa z Poznaniem i koniec zabieram się za notkę na blogu. A z notka już wiecie jak było ..
Z dedykacją dla Ewy :)  https://www.youtube.com/watch?v=L03JVPaZpyc
 phm. Ania Stawiarska HR

wtorek, 10 czerwca 2014

Miał być święty spokój... ?

          Gdy miałam tyle lat co nasza Hufcowa (Córeczko, ściskam Cię i całuję), myślałam, że za 25 lat to będzie dobrze: stabilizacja, dzieci odchowane, w pracy doświadczenie i rutyna, święty spokój. Minęło ćwierć wieku… i co?  Nie przewidziałam jednego, że w ciągu tak krótkiego czasu tyle się zmieni, że świat nabierze takiego tempa – komputery, komórki, Internet, a święty spokój to tylko marzenie.

      Ale, czy to źle? Może to lepiej, że mamy tyle możliwości, że świat stoi przed nami otworem,                    że możemy zwiedzać różne jego zakątki.

     Za mną (ale i przede mną też) bardzo intensywne dni. W piątek wieczorem wróciłam z trzydniowej wycieczki do Warszawy. Byłam tam ze swoją klasą -trzecią gimnazjum. Okazało się, że były to bardzo przyjemne chwile, a „moje” dzieciaki  to bardzo sympatyczne, wesołe i odpowiedzialne nastolatki (choć nie będące harcerzami ani harcerkami). W sobotę wyprawa pod Tarnów, do bardzo sympatycznej gajówki Pogodnego Puszczyka i spotkanie Kręgu Czarnego Dębu (i mnóstwo komarów). A w niedzielę msza święta w Kościele pod wezwaniem Błogosławionej Karoliny Kózkówny w Tarnowie  i odsłonięcie tablicy upamiętniającej 27 rocznicę spotkania harcerzy z Ojcem Świętym Janem Pawłem II i przekazania Mu roty Przyrzeczenia Harcerskiego. A potem konferencja, film i spotkanie z ludźmi – legendami krakowskiego i polskiego harcerstwa. Dla mnie, osoby, która przed laty nie uczestniczyła  w tych wydarzeniach, bo myślała o założeniu rodziny, było to niezwykle ciekawe doświadczenie, choć niektóre historie były mi już znane.

     Teraz kilka dni w pracy, również bardzo intensywnych, wszak koniec roku szkolnego tuż, tuż, a niektórzy teraz sobie przypomnieli, że wypadałoby przejść do kolejnej klasy. A w czwartek wieczorem wyprawa do Brukseli!  Co przyniesie? Przede wszystkim spotkanie z Basią, rozmowy (pewnie niezbyt długie, bo Basia w poniedziałek ma egzamin), planowanie wakacji, zwiedzanie, spotkania z nowymi ludźmi….  Cieszę się bardzo na ten wyjazd i nie mogę doczekać spotkania Hufcową!


Czuwaj!

phm Aleksandra Mioduszewska HR
(Szczepowa Skawińskiego Szczepu Kognia)