niedziela, 4 maja 2014

Wieści z Myślenic

Cześć!

Dzisiaj pierwszy raz od dawna wstałam sama, bez budzika. Wczoraj był dzień pełen wrażeń – mianowania J i tak późno wróciliśmy z Marcinem do domu, że postanowiłam sobie dać trochę luzu i nie nastawiałam budzika. Piękna sprawa.. chociaż w sumie obudziłam się koło 8 bo moje plecy nie pozwoliły mi już dłużej spać. Tak czy siak nie słyszeć budzika to już sukces.

Wczoraj nie dokończyłam rozpakowywania prezentów także od rana miałam miłe zajęcie. Trochę tego się nazbierało: książka, antyrama z listami od instruktorek z hufca, żabcia, melon, dziurkacz, lampion, wiadereczko z przeróżnymi rzeczami, niezbędnik z Ritą – przyda się niesamowicie, będę się dzisiaj modlić do niej o maturę brata, bo czarno ją widzę… a no i sterta  kabanosów J super, miło się to wszystko ogląda, czyta..


Nostalgii koniec – Marcin mnie upomina, że za pół godziny Msza i muszę być za 15 minut gotowa do wyjścia.. oczywiście w tym czasie nie sposób się np. umalować, ale to nie problem  dla harcerki wyjść bez żadnej kreski J. Idziemy do kościoła, jest 9:45 tym razem do kościółka na Stradomiu, a nie do Sanktuarium (głównego kościoła w Myślenicach). Jest mały, ale bardzo przytulny, bardzo lubię do niego chodzić. W środku ma drewniany wystrój i  jest malowniczo położony, u podnóża plebańskiej góry. 

Nie wiem czy wiecie ale mieszkam już od prawie 3 lat w Myślenicach. Lubię to miasto, ale..
… nie dlatego że jest bardzo nie logicznie ukształtowane po względem komunikacyjnym i przestrzennym,
… nie dlatego, że nie ma kto odśnieżać chodników w zimie,
… nie dlatego, że nie ma gdzie zaparkować pod blokiem po 16,
… nie dlatego, że ludzie są dziwni,
… nie dlatego, że reklama to pierwsze co można zobaczyć wjeżdżając tu..  
Ale dlatego, że w każdym miejscu widać góry, że jest rzeka i stok narciarski, że mogę tu oddychać, że mogę wyjść w dresie do sklepu i że blisko jest stąd dojechać w moje ulubione miejsce małopolski. Jak zaczęłam tu pracować to ilekroć wychodziłam z pracy myślałam sobie, że jestem jak na wakacjach J Góry mimo, że nie wysokie, to są w zasięgu ręki i ja czuje się wśród nich jak ryba w wodzie. Bardzo lubię to miasto właśnie z tego powodu. A tak poza tym to dużo mu brakuje – przede wszystkim ładu i organizacji.

Ale przejdźmy do tego co się dzieje. Wróciłam z kościoła i pisze relacje na bieżąco, a to dzięki temu że Marcin smaży kotlety. Ja mam chwile na zebranie myśli. Kotlety nie są na dzisiaj a na najbliższe 2 dni, niedziela to dzień kiedy możemy gotować na cały tydzień, bo w ciągu tygodnia późno przychodzimy po pracy i jesteśmy bardzo zmęczeni i głodni.


Dobra - zaczynam się zbierać się do Niepołomic – jedziemy na obiad do mojej mamy, tak bez powodu, nie mam żadnej zbiórki ani nie odwiedzam nikogo przy okazji. Mama jest bardzo zdziwiona tym faktem J
U mamy na obiad są kotlety J tylko drobiowe ( te Marcinowe były schabowe) do tego kapusta zasmażana i ziemniaki, a na dokładkę gołąbki – ja zostałam przy pierwszej wersji. Przy obiedzie rozmawiamy co u nas. Moi młodsi bracia tydzień temu byli na rajdzie samochodów FSO. Mieli kilka przygód. Radzio startował swoim super polonezem w wyścigu ale przegrał z jakimś fiatem i jest zawiedziony, ale kupił sobie książkę o historii FSO i się cieszy.


Wojtuś ma jutro maturę i uczy się od tygodnia :D Mam nadzieję, że mu wystarczy i że zda. Poprosił mnie o pomoc w prezentacji maturalnej więc pewnie będę jeszcze siedzieć wieczorem. Tata prosi żebym mu sprawdziła czy są bilety na koncert w Myślenicach (11 maja) na Teresę Werner  - ehh.. mój tata lubi śląskie disco polo – co za szczęście że nie ma kto z nim jechać.. Mama narzeka na zdrowie, ale do lekarza nie pójdzie – także w sumie standard. Ja opowiadam o swoim ogródku. Marcin zajada się gołąbkami.
Po obiadku kawa/herbata, ciastko i balkon, tylko trochę zimno było. Aaaa rodzina oczywiście gratulowała mojego nowego stopnia, ale jak zawsze musiałam tłumaczyć czym się różni funkcja od stopnia, czasem mi się wydaję że tylko mój staruszek (tata) coś ogarnia J, ale tylko dlatego że był w wojsku.
Wracając z Niepołomic podjechaliśmy do Drogini (7 km od Myślenic w stronę WIsniowej), do domów moich teściów, niestety nie było ich w domu (coś się nie dogadaliśmy) więc tylko spojrzałam na moje grządki i pojechaliśmy do Myślenic.


  U teściowej mam prawie 3 grządki 12 metrowe swoich roślinek (te 3 z prawej) – to mój pierwszy ogródek w życiu. Mam zasadzoną sałatę lodową, masłową, rzodkiewkę, szpinak, cebulę, rukolę, koperek, rumianek, fasolę, cukinię i dynię. 3 dni temu go plewiłam i dlatego mnie tak kręgosłup dzisiaj rano bolał. AA jeszcze się pochwalę inspektem na sałatę – to taka mini szklarnia żeby było im cieplej. Zrobiłam ją razem z teściową – śmiesznie było J Patrzcie poniżej!


Niedzielny wieczór upływa przy komputerze, szukam bratu materiałów do pracy, odpisuje na harcerskie maile i próbuje się zebrać do uzupełnienia książki praktyk – ostatni wpis to sierpień 2012. Szkoda, że nie mam w domu takiej Basi D. która przyskrzyni i wtedy wszystkie dokumenty są na czas….  
Za długie to wolne, nie chce mi się iść jutro do pracy.. poniedziałki bywają ciężkie… może uda mi się jutro napisać co słychać na budowie J
Do usłyszenia !

hm. Aleksandra Popek HR
Niepołomicki Hufiec Harcerek i Zuchów "Świt"

wow.. pierwszy raz się tak podpisuje – jejku jak to brzmi…

banaszek-fistaszek18@tlen.pl

sobota, 3 maja 2014

Majówkowa ucieczka z wielkiego miasta :)

                Słońce leniwymi promieniami wpadało przez balkon do mojego pokoju. Budzik zadzwonił już o godzinie 7.00 a z kuchni dobiegały dźwięki radia ( to mama przygotowywała śniadanie).  Niechętnie przewróciłam się z boku na bok i po chwili usłyszałam prorocze słowa, których jak zapewne wiecie usłyszeć w cale nie chciałam…. Ola, Kamil, Emilka, Piotrek już 7:15 mamy dużo pracy a Wy jeszcze nie zjedliście śniadania”.  To moja nie zastąpiona mama krzątała się po kuchni a w jej głowie był już gotowy i ułożony plan na ten dzień.


Generalnie większość mojego czasu spędzam w Krakowie, studiując i udzielając się w przeróżnego typu wolontariatach. Dlatego kiedy przyjeżdżam do mojej małej wioski Ujazd rodzice starają się maksymalnie wykorzystać fakt, iż ich córka w końcu pojawiła się w domu. Tym oto sposobem jak już wspomniałam wyżej wstałam zjadłam pyszne śniadanie i dowiedziałam się że moim bojowym zadaniem jest wyplewienie ogrodu oraz posadzenie kwiatków. Na moje nieszczęście pogoda była cudowna i nie mogłam się wymigać od tego nużącego zajęcia. Zegar leniwie przesuwał wskazówki aż wybiła godzina 13.00. Ogród został wysprzątany, chociaż co prawda mama zawsze znajduje małe niedociągnięcia i to po niej odziedziczyłam tą nie zawsze dobrą cechę jaką jest pedantyczność.


Po krótkiej przerwie poobiedniej zabrałam się za prasowanie. Zamyślona przeniosłam się do innej rzeczywistości i nawet nie wiem dlaczego ale zaczęłam nucić sobie piosenkę Wioletty Willas pt ,,Mamo”. Natchnęło mnie wtedy, że może warto zorganizować coś ciekawego dla mam moich harcerek, ale tym razem nie o moim pomyśle będę pisała.

Skończywszy prasowanie do domu wbiegła moja cudowna mama z pytaniem czy idę na Majówkę. Generalnie nie miałam do roboty nic więcej więc pospiesznie udałyśmy się z rodzeństwem i sąsiadami do pobliskiej kapliczki.  Po odśpiewaniu nabożeństwa  w radosnych humorach i okrzykach towarzyszących mi  ludzi wstąpiłam do mojej babci, którą odwiedzam za każdym razem kiedy przyjeżdżam na Ujazd. 



Popijając herbatę, która nigdy nigdzie nie smakuje tak dobrze jak u Niej babcia opowiedziała mi smutną a zarazem cudowną historię starości. Wspomnienia dla niej stały się żywe kiedy mówiła o swoim pobycie w sanatorium gdzie spotkała pewną Panią. 



Kobieta była wykształcona i bardzo ładna, ale jednocześnie nieszczęśliwa. Mieszkała w Oświęcimiu w mieszkaniu, którego okno wychodziło na spokojną uliczkę. Kobieta każdego dnia będąc jeszcze młodą mężatką śledziła wzrokiem trzymających się za ręce starszych ludzi. On wpatrzony w nią jak w obrazek a ona opierająca się na jego ramieniu. Wtedy bohaterka opowiadania mojej babci zwróciła się do męża że taka starość jest piękna i wtedy przyrzekli sobie że tak też będzie w ich przypadku. Niestety po krótkim czasie mężczyzna zmarł mając 42 lata i pozostawił samotną schorowaną kobietę, której została tylko starość i tęsknota za ukochanym mężczyzną…”

Tym oto sposobem minął mi pierwszy dzień szalonego miesiąca jakim jest maj. Mam nadzieję, że mimo mojego niezbyt porywającego dnia jakoś wytrwałyście do końca wpisu. A i oczywiście nie zapomnijcie wywiesić flagi - ja już to zrobiłam;)

Czuwaj!

Pwd. Aleksandra Błasińska wędr.
Niepołomicki Hufiec Harcerek i Zuchów "Świt"


aleksandrablasinska@gmail.com

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Liberalny piątek

25.04.2014 

Ten tydzień spędzam dość nietypowo, w porównaniu do ostatnich dwóch miesięcy – w Gummersbach, małej miejscowości położonej w Nadrenii Północnej-Westfalii, a nie w Berlinie, gdzie mieszkam od marca.

Do Gummersbach przyjechaliśmy na seminarium zorganizowane specjalnie dla stypendystów z Bundestagu* przez Fundację Friedricha Naumanna. Jest to jedna z tzw. “politycznych fundacji”, które w Niemczech swoją działalnością wspierają partie polityczne i dbają o polityczną edukację obywateli. Każda z partii reprezentowanych przez co najmniej 2 kadencje w parlamencie ma taką fundację. Friedrich Neumann Stiftung współpracuje z partią liberalną, czyli z FDP. Co można więc robić u liberałów?

Z samego rana czeka na nas pyszne i bardzo obfite śniadanie. Zgodnie z liberalnymi wartościami posiłki organizowane są w formie szwedzkiego bufetu, każdy ma wolny wybór co zje i każdy na wadze ponosi konsekwencje tego ile zjadł (a można zjeść dużo, bo wszystko jest przepyszne)... Po śniadaniu dyskutujemy o tym, jakie liberalne reformy warto byłoby wprowadzić w naszych krajach. Koledzy z Balkan i Kaukazu mówią dużo o korupcji, braku wolnej konkurencji, problemach gospodarczych... Ja, myśląc o Polsce, zreformowałabym chyba system wyższej edukacji. Na przykład tak jak jest to w Rumunii, gdzie na roku tylko część miejsc jest darmowa...

Po dyskusji i krórtkiej przerwie czas na nową formę pracy. Naszym zadaniem jest nakręcenie krótkich filmów o wolności. Dostajemy kamery i 2 godziny czasu. W naszej grupie (7 osób) zaczynamy od dyskusji czym jest dla nas wolność, co przez to rozumiemy i z czym się wiąże.. Po trzech dniach faszerowania liberalną ideologią mamy już ten temat trochę przemyślany, więc idzie nam nieźle... Kręcenie filmu jest świetną zabawą i staramy się być możliwie kreatywni. Niestety na koniec okazuje się, że razem z inną grupą wpadliśmy na taki sam pomysł pokazywania każdej lierki słowa wolność (niem. Freiheit) i rozwijania ich w dalsze wyrażenia i zdania.

Bycie kreatywnym to ciężka praca, więc każdy myśli już o... jedzeniu. Wcześniej jeszcze oglądamy nakręcone przez nas spoty i wypełniamy ankiety ewaluacyjne, bo to ostatni dzień czterodniowego seminarium. Szybkie podsumowanie, obiad i wsiadamy do autobusu. Przed nami ośmiogodzinna podróż z powrotem do Berlina. Czas w autobusie próbujemy skrócić spaniem, grami towarzyskimi (mafia), rozmowami i czytaniem... Niestety pani kierowczyni nie ma żadnego filmu, który mogłaby nam puścić... Ma też tylk dwie płyty z muzyką, więc słuchamy w kółko niemieckich i międzynarodowych pop-hitów prosto z radia (kiedy kolejny raz słyszymy „Happy” albo „ooooooh brother”, zaczynamy wariować...). W domu, czyli w Berlinie, jesteśmy o 22.00. Jest wyjątkowo ciepło, więc jakoś nikomu nie spieszy się domu i jeszcze długo stoimy i rozmawiamy na chodniku na Adalbertstrasse, zwłaszcza, że spotykamy kolegów i koleżanki, którzy ten tydzień spędzili w innych częściach Niemiec, na semiariach u innych fundacji.
Ciężko będzie w poniedziałek wrócić do biura po długiej przerwie (święta + seminaria). Na szczęście przed nami krótki tydzień i długi weekend, bo 1 maja to w Berlinie oficjalne święto! Ja wybieram się do Krakowa, na apel chorągwi i mianowania instruktorskie 





phm. Hanna Tucznio HR
*Jestem jedną z 120 stypendystów z ponad 30 krajów, którzy odbywają praktykę w niemieckim parlamencie. 

sobota, 12 kwietnia 2014

Koniec semestru w Aberystwyth

Normalnie w każdy piątek drugiego semestru mieliśmy trzy wykłady – Microbial Diversity, Animal Diversity, Metabolism. Tym razem jednak z racji tego że był to już ostatni dzień zajęć i większość modułów skończyliśmy, mieliśmy tylko powtórkę z Animal Diversity. Jo – koordynatorka modułu, która prowadziła wiekszość wykładów, w niecałą godzinę  podsumowała materiał z całego semestru.

Slajd z wykładu












Myślę że większości studentów, tak samo jak mi, uświadomiło to jak dużo trzeba będzie powtórzyć przed egzaminem. Ten moment grozy trwał jednak tak jak wspomniałam niecałą godzinę i kiedy pod koniec wykładu Jo życzyła nam  powodzenia na sesji, każdy myślał już tylko o tym że zaczyna się przerwa świąteczna. Kiedy wszyscy studeci z IBERS (nasz wydział – Institute of Biological, Environmental and Rural Science) żyli myślą o powrocie do domu a wcześniej o wieczornych imprezach, ja musiałam zajść do laboratorium i zabarwić szalki petriego na których na żelu agarozowym kiełkowały nasiona rośliny o nazwie Lobelia. Razem z moim Tutorem prowadzimy badania na trzech gatunkach roślin i sprawdzamy czy ich kiełkujące nasiona wydzielają proteazy, czyli enzymy trawiące białka. Muszę przyznać że kiedy Dave (mój Tutor) zaproponował mi te badania myślałam że jako studentka która ukończyła dopiero pierwszy semestr, będę przysłowiowo tylko myć probówki i przyglądać się temu co robi Dave. Okazało się jednak że fakt iż przez rok studiowałam chemię w Polsce dał mu pewność że świetnie poradzę sobie w laboratorium sama i tym sposobem większość rzeczy robię rzeczywiście sama i później wspólnie omawiamy wyniki.

Laboratorium
Trzy szalki petriego z żelem agarozowym, żelatyną i nasionami Lobelia zabarwione Coomasi blue

Po około godzinie spędzonej w laboratorium biegnę do restauracji która jest naszą stołówką na kampusie, żeby zdążyć na obiad. Po pysznym, wegetariańskim obiedzie pędzę do Academic Office żeby odebrać ostatni brakujący dokument który muszę wysłać do Szwecji – jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, przyszły rok spedzę na Uniwersytecie Umeå w ramach Erasmusa. Jest godzina 14.30 kiedy wracam do akademika. Wyjeżdżam co prawda dopiero w poniedziałek ale już tak bardzo nie mogę się doczekać kiedy znowu zobaczę moja rodzinę i przyjaciół, że zaczynam się pakować. Okazuje się że mam więcej rzeczy niż mi się wydawało i gdyby nie fakt że będę wracać samochodem ze znajomym rodziców to nie mam pojęcia jak bym wszystko ze sobą zabrała. Po mniej więcej trzech godzinach patrzę na swój prawie pusty pokój który wygląda tak jak wyglądał pod koniec września, kiedy tu pierwszy raz przyjechałam. Nie mogę uwierzyć że ten czas tak szybko minął. Pamiętam jak bałam się, że sobie nie poradzę – głównie ze względu na język. Co innego znać angielską gramatykę i słówka używane w życiu codziennym a co innego uczenie się fizjologii, genetyki czy biochemii. Ale dałam radę i wcale nie było tak ciężko. I wszystkim którzy się wahają chcę powiedzieć że Wy też dacie radę! Myślę też że każdy się ze mną zgodzi, że żadna szkoła językowa nie da wam tego co studia w obcym języku.

Wieczorem wychodzimy na imprezę żeby uczcić koniec zajęć. Impreza kończy się bardzo późno lub bardzo wcześnie, zależy z jakiej perspektywy to oceniać. Jest godzina 12.30 następnego dnia kiedy kończę ten wpis. Zaraz będziemy szli na obiad więc muszę kończyć. Do zobaczenia w Polsce!

pwd. Aleksandra Kopytek

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Bostońska niedziela

Zapraszam na chwilę do Stanów Zjednoczonych.
Boston, niedziela, 6 kwietnia 2014 roku.

Budzikiem dla mnie przez dużą część życia były małe dzieci. Dzisiaj więc również obudziły mnie dwie przeurocze dziewczynki – Tosia (4,5) i Róża (3). Nic zresztą dziwnego, że mnie obudziły skoro bezkarnie spałam w ich pokoju, a one chciały się trochę pobawić. Są córkami Ewy i Olka, harcerzy z Warszawy, którzy teraz mieszkają pod Bostonem i dzięki ich wielkiej uprzejmości mogłam skorzystać z noclegu u nich w domu (pomimo, że się nie znaliśmy). Po wspólnym śniadaniu udałam się na Mszę Świętą do pobliskiego kościoła, aby należycie rozpocząć dzień. Nawet lubię Msze Święte tutaj, bo zazwyczaj zaskakują (dziś elementem zaskoczenia było całkiem interaktywne kazanie o doświadczaniu wspólnoty w Kościele), a jest też parę takich pozytywnych zwyczajów jak np. zawsze po Mszy księża wychodzą przed kościół i rozmawiają/witają się z każdym wiernym.

Bunker Hill Monument.
Podążając Freedom Trail.
Około 12 znalazłam się w części Bostonu, która nazywa się North End, choć właściwie jest na wschodzie. Tam kontynuowałam zaczęty poprzedniego dnia Freedom TrailSzlak Wolności. Prosto rzecz ujmując jest to czerwona linia, czasem brukowana, czasem wymalowana na chodniku, która prowadzi turystę przez całkiem spory kawałek historii i najważniejsze zabytki starej części miasta. Mnie czerwona linia zaprowadziła dziś pod pomnik Bunker Hill Monument, upamiętniający bitwę Battle of Bunker Hill z 1775 roku, kiedy to Amerykanie walczyli o swoją niepodległość. Pomnik ten jest 67 metrowym obeliskiem na którego szczyt można wejść za darmo, lecz trzeba się liczyć z zadyszką, gdyż ma aż 294 schody (odliczanie co 10). Mimo zimowego leniuchowania dałam radę i wdrapałam się na szczyt, a w nagrodę dla samej siebie, po zejściu na dół urządziłam sobie 20-minutowe leżenie na trawie w pełnym słońcu, które po dłuuuuuuugiej zimie zawitał również na północno-wschodnie tereny USA.

Statek USS Constitution.
Spacerując dalej dotarłam do statku USS Constitusion, który jest jednym z sześciu tego typu statków (tzw. statków fregatowych, trzymasztowych, wybudowanych na potrzeby amerykańskiej marynarki wojennej pod koniec XVIII wieku). Również darmowo (choć po kontroli równie rzetelnej co na lotnisku) można na niego wejść i dowiedzieć się co nieco o historii tego statku, ale również historii powstawania statków w ogóle. Zagłębiłam się w te fascynujące tematy na tyle na ile pozwolił mi czas, a później podążałam dalej.





Takie chodzenie wciąż samemu nie zawsze jest przyjemne (na pewno dużym minusem jest to, że nie ma się nigdzie zdjęć...), więc na szczęście popołudniu dołączyła do mnie Ala. Ala też jest harcerką z Warszawy, a obecnie mieszka z już wszystkim znaną i lubianą rodzinką. Razem wybrałyśmy się na objazdową wycieczkę po Bostonie zwaną Boston Duck Tours. Nigdy wcześniej nie zwiedzałam tak miasta, ale tym razem dałam się skusić, gdyż zwiedzanie odbywało się w amfibii i do tego jest atrakcją z wielką renomą. Nasz pan przewodnik był dosyć zabawny, opowiadał dużo anegdotek, których nie znajdzie się w przewodniku i mimo że liczyłam na trochę większą ilość atrakcji to przynajmniej każdy z uczestników wycieczki mógł kierować amfibią na rzece Charles.
Ja z wehikułem Duck Tours.
Widok z rzeki Charles (z amfibii).
Oglądanie zabytków czasem przerywa burczący brzuszek. Tak też było dziś popołudniu. Moją ideą obiadową była pizza we włoskiej dzielnicy, gdzie zaciągnęłam Alę po naszym DuckTourowym szaleństwie. Idea nie miała jednak szczęścia i nie została zrealizowana, gdyż tak długo szukałam lokalu odpowiedniego dla mnie (przede wszystkim cenowo...), że nagle okazało się, że za niecałą godzinę mam autobus powrotny, a przecież jeszcze muszę dostać się na dworzec itd. Po odnalezieniu poprawnej drogi i pożegnaniu z Alą (z którą spotkamy się znów niebawem, ale tym razem role się zamienią i to ona przyjedzie do Nowego Jorku) popędziłam na stację South Station z której odjeżdżał mój autobus.

Niektóre postępy techniki zachwycają mnie za każdym razem. Tak jest z Internetem, który można mieć absolutnie wszędzie, więc również w autobusie MegaBus z Bostonu do Nowego Jorku (choć rozmawianie przez Skype'a w samolocie, paręnaście tysięcy kilometrów nad ziemią, niczego nie przebije). Korzystając z tego Internetu opisuję to wszystko i wysyłam opis mojego dnia. Spóźniony w Polsce już dosyć dużo, a tu spóźniony 6 godzin mniej.

Hufiec Harcerek Kraków - Śródmieście III „Flanka"
pwd. Julia Bednarek wędr.






środa, 2 kwietnia 2014

Wiosenne inauguracje


Muszę przyznać, ze w sumie regularnie czytam wpisy na blogu, śledząc ciekawostki z życiorysów naszych instruktorek ;)  A tu zupełnie niespodziewanie przyszła i na mnie kolej. Nie jest to zadanie proste, bo wypracowania już dawno nie pisałam, a już zwłaszcza o sobie, może nawet nigdy… Teraz jeśli mam napisać dłuższy tekst to albo jest to wypis pacjenta ze szpitala, złożony de facto z suchych formułek, albo mail do drużynowych/kadry szczepu. No ale spróbuję swoich sił ;) Trochę między innymi dlatego wpis pojawia się dopiero dziś, choć opisać chcę sobotę.

Ad rem

Wczoraj kumpel od wspinu zaproponował mi zainaugurowanie sezonu. Nie była to jedyna alternatywa na sobotę- trwało forum zakażeń, no ale po trudach tygodniowej pracy to oczywiście był dużo lepszy sposób na sobotę. Nie znajdziesz lepszej metody odreagowania stresu po pierwszym w życiu nakłuciu lędźwiowym w celu pobrania płynu mózgowo-rdzeniowego. Wszyscy, którym to opowiadam pytają co to jest, wiec dla przybliżenia sprawy wklejam obrazek. Choć uznane za wyzwanie, wszystko odbyło się zgodnie z planem, płyn został prawidłowo przeze mnie pobrany.





 

Zostawmy pracę, przecież to weekend J Wybór padł na Słoneczne Skały, które były pięknie rozświetlone pierwszymi wiosennymi promieniami.



Wyjazd spod mojego domu 9:00, więc pospać było można trochę dłużej niż zwykle ;) Wyciągnęłam z szafy linę, wrzuciłam do plecaka buty, uprząż i kilka ekspresów i pojechaliśmy. Trzeba było odświeżyć materiał z kursu ;) Drogi zostały zaludnione niczym w ostanie ciepłe dni jesieni. Tak naprawdę następnego dnia, gdy próbowaliśmy swoich sił w Dolinie Kobylańskiej okazało się jak okropne mam zakwasy. Ale „Najlepszym wspinaczem jest ten, kto czerpie z tego najwięcej radości.” (Alex Lowe)

W domu z wytęsknieniem czekała na mnie siostra. Chciała wyciągnąć mnie na shopping, aby zakupić produkty potrzebne na punkt na grę hufca. Rozpoczęłyśmy więc polowanie na łososia, obwarzanek, śliwki… Może ktoś zgadnie dlaczego? ;) Już całkiem wieczorem usiadłam z kubkiem herbaty, aby spisać ważne wnioski z minionej Rady Szczepu. Teraz można rozprostować kości i ukoić ciało snem, by następnego dnia ruszyć w przepiękne skały.

 

phm Malwina Birczyńska HR Mieszka