Jakiś czas temu, kiedy czytałam posty zamieszczone przez wędrowniczki, pomyślałam sobie, że chciałabym móc umieścić jakiś fenomenalny opis mojego własnego życia. Później, niestety, okazało się, że ma to być opis dnia, do którego nie powinno dodawać się żadnych smoków, wulkanów i piratów, więc postanowiłam (a właściwie samo tak wyszło) zrobić coś maksymalnie głupiego.
A wszystko zaczęło się tak:
Po napisanym(jeszcze nie wiem czy zdanym) egzaminie z gramatyki opisowej języka polskiego, postanowiłam pojechać na tydzień do domu. Podróż przebiegła pomyślnie - z Bochni odebrali mnie rodzice i zabrali na wieś. W ciągu dnia tak właściwie nie działo się nic specjalnego. Nuda, nuda, nuda, aż do godziny 18.00 kiedy, jako dobra siostra i córka, postanowiłam pojechać odebrać mojego młodszego brata z chóru. Wpakowałam się do samochodu, ustawiłam lusterka, włączyłam światła, wrzuciłam jedynkę i pojechałam. Nie wiem nawet czy przejechałam 50 m, kiedy na mojej drodze(polnej) pojawił się wielki i bardzo zły TRAKTOR!(prawie jak smok, prawda?). Był czerwony, ubłocony i z wykręconym kołem. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie czarny pies, który dokładnie w tym samym momencie postanowił popełnić samobójstwo pod kołami mojego samochodu... Z dwojga złego wybrałam spotkanie z traktorem, czego skutki odczuwam do dzisiaj. Samochód roztrzaskany, rodzice-powiedzmy-średnio zadowoleni i szkło na drodze. Na całe szczęście pies żywy i traktor cały! No ale wracając do brata...
Po tym małym spotkaniu, odebrałam Jaśka i w miarę szczęśliwie wróciliśmy do domu. Oczywiście przyszli wszyscy sąsiedzi, żeby podziwiać nasz "nowy" samochód.
Chciałam o tym opowiedzieć już wczoraj, ale wtedy pisanie szło mi gorzej niż zwykle(a nigdy nie było ono moją mocną stroną), więc wzięłam się za to dopiero teraz. Odłożyłam to z kolei na wieczór, ponieważ wcześniej zaliczyłam rodzinny obiad i porządki. Dopiero dzisiaj, tak naprawdę, doceniłam zupełnie spokojne dni na mojej małej wsi.
Polecam!
Zosia Merecik,
drużynowa 3KGZ "Słoneczna Łąka"
sobota, 13 września 2014
czwartek, 11 września 2014
Wielka Niespodzianka
https://www.youtube.com/watch?v=BgEDYxWvCfM
Właśnie ta piosenka z samego rana powitałam Ola w jej domu. Z pięknym ciastem i wybuchającą świeczką zawitałam z życzeniami.Wszystko to dlatego iż ja zaczynam studia germanistyki a Ola wyjeżdża na studia do Wiednia, wiec jeżyk niemiecki jest naszym nieodłącznym elementem spotkań.
Żadnej niespodzianki nie było bo młodszy brat Oli wszystko wygadał i kazał jej wcześnie wstać aby nie wyglądała brzydko gdy przyjdą przyjaciele w odwiedziny, mimo to Chmielota była szczęśliwa a mi udało się uszczęśliwić kolejna osobę.
Jak to zawsze bywa cały dzień już toczył się wokół jej urodzin. Wraz z jej klasą zorganizowaliśmy małą niespodziankę. W wielkiej konspiracji kazałam jej pojawić się o 19 ;10 pod bagatelą i nie narzekać.
Zanim jednak cała niespodzianka nastąpiła, Syla jak to syla musiała odwiedzić między 15-17 swojego ukochanego instruktora pana Szymona i pojeździć troszeczkę po mieście. ( I powiem wam że dziś szło mi naprawdę świetnie a Szymon był miły jak nigdy)
Zaraz po jazdach szybciutko udałam się do domu aby zabrać prezent ( tak naprawdę część prezentu bo największa niespodzianka już została ofiarowana w Holandii- polecam własne robione prezenty to się sprawdza jak nic innego. W tym roku wyczarowałyśmy karty do gry z naszymi zdjęciami i wspomnieniami przez całe życie)
Ale przechodząc dalej , bo sie zanudzicie czytając co robię w życiu.
Biegnąc pod Bagatelę wskoczyłam na chmielotę od tyłu zawiązałam jej oczy i wsadziłam do tramwaju,nawet nie wiecie jak krzyczała i prosiła o litość, ale nie ma litości. Z zawiązanymi oczami jechałyśmy aż na Lubicz a później z zawiązanymi oczami na moim głosem i klaskaniem musiała iść z Lubicz na Rondo Grzegórzeckie. Trwało to chyba z godzinę a ja miałam zabawę po pachy.
Na szczęście udało się zanim wepchnęłam ją przypadkowo w szklane drzwi i spadła z krawężnika Ola wiedziała już że to będzie super niespodzianka.
Zaraz później znalazłyśmy się w mieszkaniu naszej koleżanki a tam wszyscy najbliżsi Oli śpiewają sto lat i dają jej milion prezentów. Kiedy tylko odwiązałam jej oczy myślałam że zabije mnie za ta podróż ona jednak powiedziała ze nigdy nie miała tak pięknych urodzin, a na dokładne na Skypie mogła pogadać z Olga naszą 3 przyjaciółka.
Gdyby to był koniec tego dnia byłabym nieusatysfakcjonowana. Dlatego też oddając Ole w ręce jej bardzo dobrych znajomych sama opuściłam ich i uciekłam na ulice nieznaną. Tam gdzie wszystko i wszyscy byli mi znani i za którymi bardzo tęskniłam.
Najlepsi znajomi którzy dostarczają mi tyle energii że nie nigdy nie gaśnie. Tańcząc całą noc taniec towarzyski odpadają mi palce i stóp i boli mnie kręgosłup ale uśmiech przyjaciół gdy się spotkaliśmy po wakacjach był niesamowity.
Choć powiem wam że ciągle nie radze sobie z niektórymi krokami w tych tańcach a już długo nad nimi pracuje.
Był to kolejny dzień z cyklu Syla uszczęśliwia ludzi a oni w zamian za to robią dokładnie to samo. Ja podarowałam mojej przyjaciółce najpiękniejsze urodziny dotychczas a moi przyjaciele podarowali mi piękny wieczór w ich towarzystwie.
Dlatego moja rada na dziś dla was jest prosta uśmiechnijcie się jutro do przypadkowej osoby na ulicy a ja uśmiechnę się kiedyś do was;))
pwd Sylwia Domoń wędr ( syla )
Nic nie może być normalnie, bo absolutnie wszystko jest super szalone.
To jak spędzam dzień kiedy mam jeszcze trochę wakacji czyli:
- Syla budzi się około 13 ( chyba że ma jazdy z Szymonem o 9) wtedy wstaje 8;56
- Około 14 spotyka się z swoja przyjaciółką chmielotą na obiad
- 17/18 wraca do domu aby posprzątać i pobyć z rodziną
- 20 syla wychodzi po swoja koleżankę Justynę do pracy
Zupełnie nudny i bezproduktywny dzień Syli. Choć nie dziś. To prawda z samego rana o 9 miałam jazdy, jak zwykle Szymon mój instruktor spóźnił się około 15 min a później tylko mnie popędzał. Cały czas mówił " Sylwia gazu gazu co tak wolno jedyne 60 na godzinę "
Oczywiście pojechaliśmy na łuk którego absolutnie nie umiem i muszę ćwiczyć jeszcze z 100 razy.
Zapomniałam o tym że dzień wcześniej a w sumie noc ,wróciłam od mojej przyjaciółki z Holandi więc noc w samolocie nie należała do relaksujących rzeczy, wiec byłam okropnie zmęczona prowadząc auto o 9.
Skończyłam około 11 i tak też udałam się do mojej koleżanki z kartkami i podarunkami z podrózy. Bo jak większość z was możne wiedzieć jestem największym zbieraczem rzeczy wszelakiego rodzaju. Dlatego też z Holandi przywiozłam sobie milion zupełnie niepotrzebnych rzeczy np ( kolorową smyczka i plecak rodem na ziemniaki.
Opowiadając wszystkim w Krakowie jak świetnie się bawiłam , nie zwróciłam uwagi która godzina wiec szybko wsiadłam na mojego pięknego białego rumaka ( mój cudny rower ) i pojechałam do domu zrobić mojej mamie obiad i rozdać kolejne prezenty.
Wieczorem kiedy już rozdałam podarki wszystkim dla kogo były przeznaczone spotkałam się z moją ukochaną przyjaciółka chmielotą z która podziwiałyśmy wszystkich ludzi w okolicach rynku i to co lubimy najbardziej czyli wymyślałyśmy co by było gdybyśmy były aktorkami.
Dobrze wiedziałam że Ola ( chmeilota) jutro ( 10 września ) ma swoje 19 urodziny. Wiec nie przeciągając naszego spotkania pojechałam na białym rumaku upiec jej tort marchewkowy który uwielbia najbardziej.
Wiem wiem, ten dzień też był leniwy i cały czas tylko robiłam coś dla swojej przyjemności. No ale jak wszyscy wiemy uwielbiamy sprawiać sobie i innym małe przyjemności. Dlatego też dzień ten zaliczam do wielkiego dnia prezentów i przyjemności dla siebie i pobliskich przyjaciół.
pwd. Sylwia Domoń wędr.( Syla )
poniedziałek, 8 września 2014
Podgórskie gromady poszukujące zaginionych legend..
Dzień zaczął się dość wcześnie.. Trzeba było wstać chwilę po 6, bo o 8 zbiórka pod zuchówką. Ogarnąć się szybko, wziąć co trzeba i lecieć. Na miejscu czekały na mnie już zuchy, przedstawiały się, bo były też te nowe, rozmawiały, zabawiały w kolory. Przyjechała spóźnialska Madzia, więc mogłyśmy wyruszyć na mszę do Idziego. Po drodze spotykałyśmy przeróżne osoby: miłego Pana, który zaczął nam opowiadać historię ruchu zuchowego, ZZ-t Amarany, Wilki, Anię Heilman i można by jeszcze tak wymieniać i wymieniać..
Wzięłyśmy udział we mszy. Podczas, której Kaja ogarnęła, że nikt nie pojechał rozstawić gry..(!!!) Szybko się zorganizowałyśmy i zadania podjęła się Agata z Olgą. Po mszy w pełnym słońcu czas na chwilę odpoczynku. Każdy głodny, każdy coś. Zaradne Skrzaty piją, Zielone Bractwo je, a Puszward sam nie wie, czego chce. Wszystkie obwarzanki pokupowały, żeby humory nam nie opadły zebrałyśmy się, by zagrać w "Fryzjera". Hela coś marudziła, nie chciała się bawić.
Kaja dzwoniła do dziewczyn, co z grą - nie odbierały, po tysięcznej próbie się udało, wyruszyłyśmy na kładkę bernatkę. Tam dowiedziałyśmy się, że z wielkiej księgi legend zaginęły strony, bez których nie będzie mogła już ich przekazywać z pokolenia, na pokolenie, zostaną one z biegiem czasu zapomniane. Dostałyśmy mapki z punktami, do których po kolei się udawałyśmy. Wykonywałyśmy różne zadania, a to układałyśmy piosenkę, a to teatrzyk, coś się dowiadywałyśmy od przechodniów, czy rozwiązywałyśmy sudoku. Za każde wykonane zadanie otrzymywałyśmy części legendy. W czasie przejść z punktu, na punkt śpiewałyśmy, znaczy zuchy beze mnie ;p.
Po wykonaniu zadań spotkałyśmy się w Parku Bednarskiego, gdzie przedstawiałyśmy nasze teatrzyki.
Nastała już nasza godzina, gdzie musiałyśmy się zbierać, lecieliśmy pędem na tramwaj. Każda z nas wróciła z uśmiechem na twarzy. Kiedy dotarłam do domu czekały na mnie maile, za raz miała przyjechała moja siostra Lila (prawie 2 lata). Obiecałam tacie, że się nią zajmę, wtedy nie wiedziałam jeszcze na co się piszę. Brat mnie prosił, żebym Korkiem też się zajęła (druga siostra, 10 lat). Myślałam spoko, da się zrobić. Poleciałyśmy do piaskownicy, pograć w piłę, pobiegać, pozjeżdżać na zjeżdżalni, na lody, bo z "nianią" są najpyszniejsze. ;p Zawiozłyśmy Lilę do taty, trochę mu pomogłam. Podwiózł nas do domu, żeby zyskać czas. Wbiłam na maila, zjadam w końcu coś innego niż lody, odpisywałam wszystkim po kolei: rodzicom, harcerką, szkole. Oooo, szkole. Nie było mnie dwa dni (zaciąg), a tu już sprawdzian... Wypełniam dokumenty, liczę, analizuje wskaźniki, opisuję je, zajmuje się pasywami, aktywami. Zegarek piszczy, wybija pierwsza, ciężkie życie przyszłego ekonomisty się kończy, czas na zasłużony odpoczynek!
P.S. Teraz posiadamy aparat, który robi nam piękne zdjęcia, nieco więcej z gry można zobaczyć tutaj: https://drive.google.com/folderview?id=0B3Vz4zXp6FUuWU50ZXVBblJjNjA&usp=sharing zapraszamy! :)
Wzięłyśmy udział we mszy. Podczas, której Kaja ogarnęła, że nikt nie pojechał rozstawić gry..(!!!) Szybko się zorganizowałyśmy i zadania podjęła się Agata z Olgą. Po mszy w pełnym słońcu czas na chwilę odpoczynku. Każdy głodny, każdy coś. Zaradne Skrzaty piją, Zielone Bractwo je, a Puszward sam nie wie, czego chce. Wszystkie obwarzanki pokupowały, żeby humory nam nie opadły zebrałyśmy się, by zagrać w "Fryzjera". Hela coś marudziła, nie chciała się bawić.
Kaja dzwoniła do dziewczyn, co z grą - nie odbierały, po tysięcznej próbie się udało, wyruszyłyśmy na kładkę bernatkę. Tam dowiedziałyśmy się, że z wielkiej księgi legend zaginęły strony, bez których nie będzie mogła już ich przekazywać z pokolenia, na pokolenie, zostaną one z biegiem czasu zapomniane. Dostałyśmy mapki z punktami, do których po kolei się udawałyśmy. Wykonywałyśmy różne zadania, a to układałyśmy piosenkę, a to teatrzyk, coś się dowiadywałyśmy od przechodniów, czy rozwiązywałyśmy sudoku. Za każde wykonane zadanie otrzymywałyśmy części legendy. W czasie przejść z punktu, na punkt śpiewałyśmy, znaczy zuchy beze mnie ;p.
Po wykonaniu zadań spotkałyśmy się w Parku Bednarskiego, gdzie przedstawiałyśmy nasze teatrzyki.
Nastała już nasza godzina, gdzie musiałyśmy się zbierać, lecieliśmy pędem na tramwaj. Każda z nas wróciła z uśmiechem na twarzy. Kiedy dotarłam do domu czekały na mnie maile, za raz miała przyjechała moja siostra Lila (prawie 2 lata). Obiecałam tacie, że się nią zajmę, wtedy nie wiedziałam jeszcze na co się piszę. Brat mnie prosił, żebym Korkiem też się zajęła (druga siostra, 10 lat). Myślałam spoko, da się zrobić. Poleciałyśmy do piaskownicy, pograć w piłę, pobiegać, pozjeżdżać na zjeżdżalni, na lody, bo z "nianią" są najpyszniejsze. ;p Zawiozłyśmy Lilę do taty, trochę mu pomogłam. Podwiózł nas do domu, żeby zyskać czas. Wbiłam na maila, zjadam w końcu coś innego niż lody, odpisywałam wszystkim po kolei: rodzicom, harcerką, szkole. Oooo, szkole. Nie było mnie dwa dni (zaciąg), a tu już sprawdzian... Wypełniam dokumenty, liczę, analizuje wskaźniki, opisuję je, zajmuje się pasywami, aktywami. Zegarek piszczy, wybija pierwsza, ciężkie życie przyszłego ekonomisty się kończy, czas na zasłużony odpoczynek!
P.S. Teraz posiadamy aparat, który robi nam piękne zdjęcia, nieco więcej z gry można zobaczyć tutaj: https://drive.google.com/folderview?id=0B3Vz4zXp6FUuWU50ZXVBblJjNjA&usp=sharing zapraszamy! :)
pwd. Marta Zając wędr.
drużynowa 3 PgGZ "Zaradne Skrzaty"
Hufiec Zuchowy Kraków-Krowodrza "Tajemniczy Ogród"
piątek, 5 września 2014
Białystok+Zabrze+Sosnowiec +Kraków = 2 dni+1200 km
Ostatnio w ciągu dwóch dni musiałam odbyć podróż do Białegostoku i z powrotem a potem następnego dnia do Zabrza. A wszystko dlatego, że postanowiłam studiować poza Krakowem.
Zaczęło się pobudką o 3 rano we wtorek, na szczęście jechałam autem, ale i tak, kto normalny wstaje o takie godzinie. Przed nami ponad 500 km. Jedziemy i jedziemy, nic szczególnego się nie dzieje do czasu postoju gdzieś niedaleko Mińska Mazowieckiego. Zatrzymaliśmy się na postój. Poszłam rozprostować kości do pobliskiego lasu, a tam moim oczom ukazał się piękny i dorodny Kozak (grzyb). Posiadając wrodzony instynkt grzybiarza nie mogłam poprzestać jedynie na jednym okazie, szybko zwołałam tatę i razem udaliśmy się w las. Po 30 minutach mieliśmy już 2 pełne siatki. Uzbierać mogliśmy więcej, ale że jako jeszcze kilka godzin drogi przed nami musieliśmy kontynuować podróż. Do Białegostoku dotarliśmy ok godziny 11. Zrobiliśmy krótkie rozeznanie i podjechaliśmy pod Uniwersytet Medyczny w Białymstoku, który nazywa się Pałacem Branickich i rzeczywiście wygląda jak pałac! Z tyłu znajduje się piękny ogród! Aż żal opuszczać taką piękną uczelnię!
Naszą uwagę zwrócił protest rolników z Podlasia, który miał też miejsce tego dnia. Pod Urząd miasta, który znajdował się niedaleko zjechało się wiele rolników w przeróżnych maszynach. Ich celem chyba było również utrudnienie oddychania ludziom, ponieważ zwieźli coś, co tak przeraźliwie śmierdziało! Tak czy siak, mieli chwytliwe hasła demonstracyjne
No ale trzeba było już wyjeżdżać, ponieważ wszystkie ważne dokumenty zabrane. Opuściliśmy Białystok ok. 14 i na 22 dopiero byliśmy w domu, bardzo zmęczeni. Ale to nie koniec, bo następnego dnia z rana wyruszyłam w kolejną podróż tym razem do Zabrza. Jest pięknie, nie ma korków, jedziemy autostradą. Mogłoby tak zostać gdyby nie obraz jaki nam się ukazał - wszędzie jakieś wysokie budowle, pomniki górników, odpadające tynki, szaro i buro. Piękny Białystok zamieniłam właśnie na coś takiego tylko dlatego, że bliżej do domu i znajomych. Po odnalezieniu dziekanatu wydziału lekarsko-dentystycznego oddałam wszystkie dokumenty. Potem udałam się zapoznać z"dzielnią", przeraził mnie fakt spędzenia tam 5 lat. Ale myślę, że nie będzie tak żle, bo w sumie i tak nie będę miała czasu aby robić coś poza nauką. No ale nie byłabym sobą gdybym po drodze wracając do Krakowa nie wstąpiła do Fashion Outlet, który znajdował się w Sosnowcu. Oniemiałam gdy tam weszłam, wszystko skojarzyło mi się z ulicą Pokątną i Harrym Potterem.
Żeby sobie w końcu odpocząć i rozprostować kości zaraz po powrocie ze Sląska udałam się na odprawę szczepu. No i koniec opowieści :P
Małgorzata Boligłowa
drużynowa 13 KGZ "Gromady Libuszy"
Zaczęło się pobudką o 3 rano we wtorek, na szczęście jechałam autem, ale i tak, kto normalny wstaje o takie godzinie. Przed nami ponad 500 km. Jedziemy i jedziemy, nic szczególnego się nie dzieje do czasu postoju gdzieś niedaleko Mińska Mazowieckiego. Zatrzymaliśmy się na postój. Poszłam rozprostować kości do pobliskiego lasu, a tam moim oczom ukazał się piękny i dorodny Kozak (grzyb). Posiadając wrodzony instynkt grzybiarza nie mogłam poprzestać jedynie na jednym okazie, szybko zwołałam tatę i razem udaliśmy się w las. Po 30 minutach mieliśmy już 2 pełne siatki. Uzbierać mogliśmy więcej, ale że jako jeszcze kilka godzin drogi przed nami musieliśmy kontynuować podróż. Do Białegostoku dotarliśmy ok godziny 11. Zrobiliśmy krótkie rozeznanie i podjechaliśmy pod Uniwersytet Medyczny w Białymstoku, który nazywa się Pałacem Branickich i rzeczywiście wygląda jak pałac! Z tyłu znajduje się piękny ogród! Aż żal opuszczać taką piękną uczelnię!
Naszą uwagę zwrócił protest rolników z Podlasia, który miał też miejsce tego dnia. Pod Urząd miasta, który znajdował się niedaleko zjechało się wiele rolników w przeróżnych maszynach. Ich celem chyba było również utrudnienie oddychania ludziom, ponieważ zwieźli coś, co tak przeraźliwie śmierdziało! Tak czy siak, mieli chwytliwe hasła demonstracyjne
No ale trzeba było już wyjeżdżać, ponieważ wszystkie ważne dokumenty zabrane. Opuściliśmy Białystok ok. 14 i na 22 dopiero byliśmy w domu, bardzo zmęczeni. Ale to nie koniec, bo następnego dnia z rana wyruszyłam w kolejną podróż tym razem do Zabrza. Jest pięknie, nie ma korków, jedziemy autostradą. Mogłoby tak zostać gdyby nie obraz jaki nam się ukazał - wszędzie jakieś wysokie budowle, pomniki górników, odpadające tynki, szaro i buro. Piękny Białystok zamieniłam właśnie na coś takiego tylko dlatego, że bliżej do domu i znajomych. Po odnalezieniu dziekanatu wydziału lekarsko-dentystycznego oddałam wszystkie dokumenty. Potem udałam się zapoznać z"dzielnią", przeraził mnie fakt spędzenia tam 5 lat. Ale myślę, że nie będzie tak żle, bo w sumie i tak nie będę miała czasu aby robić coś poza nauką. No ale nie byłabym sobą gdybym po drodze wracając do Krakowa nie wstąpiła do Fashion Outlet, który znajdował się w Sosnowcu. Oniemiałam gdy tam weszłam, wszystko skojarzyło mi się z ulicą Pokątną i Harrym Potterem.
Żeby sobie w końcu odpocząć i rozprostować kości zaraz po powrocie ze Sląska udałam się na odprawę szczepu. No i koniec opowieści :P
Małgorzata Boligłowa
drużynowa 13 KGZ "Gromady Libuszy"
wtorek, 2 września 2014
Wiele osób, które już dawno skończyły szkołę twierdzi, że 1. września wzbudza w nich mnóstwo wspomnień i żałują, że nie mogą tego dnia w biało - granatowym stroju galowym udać się na rozpoczęcie roku. Ja chyba ten etap już zamknęłam i udałam się dalej bez większych sentymentów :) Niemniej jednak w drodze do pracy spotkałam mnóstwo uczniów ewidentnie udających się na szkolne uroczystości. Niech jednak będzie od początku.
Rano udało mi się wstać w miarę sprawnie i wyjść z domu, żeby przebiec moją standardową trasę, która świetnie sprawdza się rano - z domu do ul. Armii Krajowej Młynówką Królewską.
Tego dnia chyba nie byłam w najlepszej formie, bo czas, w którym pokonałam ten dystans był kiepski. W miarę szybko więc wykąpałam się, zjadłam śniadanie, odpisałam na kilka maili i ruszyłam do pracy. Kilka godzin (na szczęście już nie 8 jak w poprzednim miesiącu) spędziłam na nieskomplikowanych pomiarach fizykochemicznych. Po pracy trochę zestresowana wybrałam się do ulubionego sklepu papierniczego zuchmistrzyń w Księgarni Naukowej, żeby kupić prezent urodzinowy dla siostry. Sklep był przepełniony rodzicami z dziećmi wybierającymi okładki zeszytów, piórniki, kupującymi nowe pióra, bo "stare już cieknie". Najgorszy dzień jaki mogłam wybrać na kupowanie prezentu w takim sklepie! Niemniej jednak po 30 minutach przeciskania się między ludźmi i telefonicznych konsultacji z bratem wybraliśmy srebrne pióro, które Agata jutro dostanie z okazji urodzin. W drodze na wydział spotkałam mojego brata i zaczęłam żałować kasy, którą wydałam na rozmowę z nim - mógł przyjść 10 min. wcześniej i sporo bym zaoszczędziła. Trochę chyba za mało zastanawiam się nad korzystaniem z telefonu, robię to bardzo bezrefleksyjnie. Dostaję jakiegoś smsa z czymś ważnym to oddzwaniam, dostaję maila z czymś ważnym to dzwonię, a potem myślę sobie, że to może nie było aż tak pilne? Niemniej jednak wróciliśmy do księgarni, żeby kupić drugą część prezentu - kalendarz. Potem idąc w dół Krupniczą dotarłam do Wydziału Chemii gdzie nie było kompletnie nikogo, poza grupką ludzi z I roku, którzy zdawali jakieś zaliczenie i panami remontującymi pracownie. Niemniej jednak biblioteka była już otwarta, więc wpadłam pożyczyć "Elementy krystalografii chemicznej i fizycznej", bo jeszcze to mnie czeka w tym tygodniu. Po powrocie do domu nie było zbyt wiele czasu, bo musiałam szybko ogarnąć się i jechać na mianowania. W miarę sprawnie spakowałam prezenty dla nowomianowanych przewodniczek, przebrałam się w mundur i pojechałam w miejsce, z którego wyjeżdżałyśmy na kolonię. Tam czekały już na mnie trzy podgórskie drużynowe, które chwile wcześniej tworzyły grę dla zuchów na rozpoczęcie roku harcerskiego. Zgarnęłam Martę do samochodu, a zaraz potem dołączyła do nas Syla, podekscytowana tym, że będzie mogła patrzeć jak zmieniam biegi. Dojechałyśmy do Fortu dosyć wcześnie i wzięłyśmy udział w super ognisku o ostatnich 10 latach naszej chorągwi. Po części przygotowanej przez Olę i Olgę odbyły się mianowanie naszych nowych przewodniczek: Marty Zając i Zosi Merecik, a także dwóch bliskich memu sercu zuchmistrzyń ze Skarżyska: Agaty Świątek i Ady Filipek. Razem z ekipą z hufca i zuchmistrzyniami, które przebyły 150 km, żeby dotrzeć na mianowania wróciłyśmy z ogniska ściśnięte w mikrosamochodzie, który część z Was zna z kolonii w Pisarzowej. Zaskoczona ilością nieodebranych połączeń (15) i wiadomości (8) zaczęłam po kolei oddzwaniać do koleżanek ze studiów, które nie miały jak zanieść zaświadczenia lekarskiego na uczelnię, instruktorek z Wichrów, które w nerwach siedziały na wyborach szczepowego, mojego narzeczonego, który zostawił gdzieś swoje buty do biegania, a w niedzielę startuje w triathlonie i Zuzy Radziszewskiej, która nie mogła uwierzyć, że może już być drużynową. Po ostatnim telefonie Agi, ogarnęłam jeszcze kilka rozdziałów z faz krystalicznych i to byłoby na tyle tego dnia. Specjalne pozdrowienia dla wszystkich, którzy tego dnia do mnie dzwonili i nie odebrałam :)
phm. Karolina Kapica HR
hufcowa Hufca Zuchowego Kraków - Krowodrza "Tajemniczy Ogród"
wtorek, 1 lipca 2014
Boys Scouts of America
Udało się wreszcie upragniona przerwa.
Ten tydzień zaczął się wyjątkowo pracowicie
mimo, że jest tylko 149 uczestników.
Niestety pracujemy w okrojonym składzie
tzn.w 3 osoby.
Ale zacznijmy od początku...
Właśnie zaczał się drugi tydzień mojego
pobytu i pracy w Stanach Zjednoczonych na obozie skautów, wszystko w ramach
studenckiego programy "Camp America". Najpierw 9 tygodni pracy, a
potem czas na zwiedzanie do wygaśnięcia wizy czyli ponad miesiąc.
Camp Falling Rock położony jest w centralnej
części stanu Ohio ok.50 mil od stolicy stanu Columbus.
Jest to stanica "Boys Scouts of
America", ale na szczęście jest tu około 20 kobiet/dziewczyny w obsłudze
więc nie jest tak źle. Pracuje na obozie w ramach staffu kuchennego na
zaszczytnej pozycji asystent kucharza.
Obozy drużyn odbywają się tu w ramach
tygodniowych turnusów czyli odmiennie niż nasze harcerskie, do tego każda
drużyna ma przydzielonego członka obsługi obozu, który będzie z nimi mieszkał w
podobozie ( namioty wojskowe 2 osobowe) i pełni rolę patrolowego
(niepełnoletni) przez cały tydzień. W sobotę obóz się kończy, a od niedzieli
zaczyna się nowy turnus i patrolowych trafia do innej drużyny.
Każdy dzień tygodnia jest dniem czegoś np.
Wtorek to dzień filmowy czyli wieczorem oglądamy stare filmy w obozowym
amfiteatrze, środa to dzień odwiedzin Rodziców,Pizzy oraz basenowego party dla
całego obozu. Skauci mają do dyspozycji szereg aktywności zaczynając od
wspinaczki kończąc na strzelnicy sportowej.
Dzisiaj miałam przyjemność uczestniczenia w
zajęciach z łucznictwa. Nie umywa się do strzelania z muszkietu na proch, ale i
tak było fajnie.
Mój dzień zaczął się jak zawsze od 5.40 gdy
razem z Magdą (moją współlokatorką-też Polką) wstałyśmy. Potem szybkie przygotowania
i "zwarte i gotowe"
zatoczyłyśmy się do pracy, wciąż myśląc o upragnionej sobocie (jedyny wolny
dzień) i ostatnim weekendowym wypadzie do ZOO.
Na szczęście w tym tygodniu jest tylko 149
osób (w tamtym było ponad 320) na campie więc wszystko na dzisiaj i jutro
przygotowałyśmy w 3 h.
Posiłki serwujemy 3 razy dziennie 8,12.30 i
18. Obowiązkowym pkt każdego posiłku jest obsługa serwisantów złożona z
wychowawców-patrolowych,którzy sami wcześniej ustalili sobie grafik na całe 6
tygodni (3 tyg.spedzę jeszcze na obozie żydowskim w Pensylwanii).
Wydanie posiłku trwa ok. 20 min wliczając
dokładkę i "ostatni dzwonek". Wszystko wygląda jak na typowym
amerykańskim filmie 2 kolejki , tacki i serwujący w siateczkach na włosach (
wyjątkowo nietwarzowe szczególnie dla brodatego faceta, który musi mieć ją
zarówno na włosach jak i brodzie) nakładający jedzenie.
Uporałyśmy się już ze zmywaniem,
uzupełnianiem baru sałatkowego i upieczeniem 6 ciast (cynamonowo-kawowego,
yellow cake i brownie każde po dwie blachy) mamy 2 h czasu wolnego, płotem
kolacja i stos zadań do wykonania poczynając od upieczenia kotletów po
uzupełnienie beczek z ponczem i wodą. Dzień pracy kończy się ok.20 wliczając 2
krótkie 10-15 min przerwy na posiłek i dłuższą nieraz 2,5 h przerwę po lunchu
wszystko w zależności od ilości przygotowań na następny dzień. Praca jest
męcząca bo przewidziana dla min.4 osób a jest nas 3, bo 2 kucharz Chace musiał
jechać do domu do Kentucky na wizytę u lekarza.
Tak wyszło, że na obozie jesteśmy w obsłudze
jedynymi cudzoziemkami. Ma to swoje ogromne plusy , bo czy chcemy czy nie
musimy używać angielskiego do komunikacji ze światem i l uznajemy USA z
pierwszej ręki zwłaszcza dzięki ekipie ratowniczej, która jest w podobnym wieku
i wszędzie nas wożą samochodem (inaczej tutaj się nie da, bo lasu autobusy nie
jeżdżą, a najbliższe miasteczko jest oddalone o 11 mil).
Muszę kończyć, bo chciałam jeszcze zadzwonić
do domu i pójść nad jezioro popływać canoe, a potem znów do roboty.
pwd. Beata Ramza- Ożóg
drużynowa 5. p. ChDH "Skrzydlate"
Subskrybuj:
Posty (Atom)



